poniedziałek, 26 grudnia 2016

PMS, czyli Post Matki Subiektywnej

Witam wszystkich.


Ostatni dzień świąt, żyjecie? Czy umieracie z przejedzenia? My żyjemy, nie umieramy, bo się nie przejedliśmy. Odpoczęliśmy, pospaliśmy, a jutro wracamy do pracy naszej codziennej. Dzisiaj, między jednym deszczem, a drugim, udało mi się zrobić marszobieg 5 kilometrowy z moim dzieckiem, śpiącym w wózku. Od razu się lepiej myśli :)

Mamy jeszcze trochę czasu do sylwestra i wszystkich tych noworocznych bzdur, typu obiecanki- cacanki ( a i tak nic z tego nie wyjdzie, bo Polacy tak mają, że wiele obiecują, a potem gówno robią). I naszło mnie, że nikt nie pisze o Ciemnej Stronie Mocy świąt. Wszyscy tylko, ze jest fajnie, że magia, że światełka, pierniki, bitwy o karpie ( biedne ryby) i gonitwa za prezentami. A ja tymczasem, napiszę Wam, jak ta magia świąt wygląda z perspektywy Matki- Polki wkurwionej.


"Oho, już się drą. Jezu, ledwo człowiek myśli odzyska po nocy, ledwo ok otworzy. "Mamooooo!". I czego drzesz japę? Od darcia szybciej podejdę? "Gdzie schowałaś majtki/skarpetki/ moje spodnie*" (niepotrzebne skreślić). U sąsiadki. Tak, u sąsiadki w dupie. "Mamooo, siku!" No to zdejmij majtki i sikaj, dziecko, przecież potrafisz. "Kochanieeee!". Oho, a ten co z tym kochaniem. Przypomniało mu się, że nie jestem tylko chodzącą kucharko-sprzątaczko-kierowcą? Że poza cyckiem do macania co środę i piątek wieczorem i cipką, gdzie czasem się zagłębia, jestem istotą romantyczną? "Zrobiłaś mi może kanapki?". Aha, a więc jednak o kucharkę chodzi. Tak, zrobiłam. I naplułam do środka, żebyś na jad żmii się uodparniał. Kochanie. Zawsze mówisz, że ci tak smakują te moje kanapki. No, to to jest magiczny środek. "Mamoooo! Ja nie chcę tych butów, chcę różowe". To se kup drugą parę. Jak ufajdolisz pierwszą, będziesz mieć drugą. 

Uff, poszli. Spokój. Wzięłam zaległy urlop. I tak kadrowa kazała. Przecież nikt za niewykorzystany nie zapłaci. Jaka cisza. Dobra, czas się wziąć do roboty. Po trzech godzinach mycia okien (po co mi był dom, mogłam mieć mieszkanie i nie musieć myć tyle szkła!), godzinie odkurzania i kolejnej mycia podłóg, kieruję swe kroki do kuchni. 
Żarcie. Przygotować, ugotować, schować. Włączę radio. Co, znowu to badziewie. A kogo obchodzi, co ty chcesz na święta, Mariah? Po trzech latach każdy staje się gruby i wredny. I już mu tak nie staje jak kiedyś. Haha. Oho, kolejny. Mery krystmas ewryłan. Shakin, nie wiem, co ćpasz, ale masz dobry towar. Daj trochę. Ja na pewno nie życzę mery krystmas ewryłan. Nie tej flądrze, co przychodzi do pracy wystrojona jakby co dzień miała randkę z innym, a swojej roboty nie robi, tylko zwala na kolegów. Nie temu nadętemu bufonowi księgowemu, który, jak ktoś nie nosi markowych butów i koszul, to z nim w socjalnym nie rozmawia. A już na pewno nie tej krowie, mojej szwagierce, która zawsze wie wszystko lepiej.
Jak wychować dziecko. "Och, my nie mamy takich problemów z Pawełkiem. Zawsze się słucha mamusi, plimpasek". Jasne, dlatego będzie sam do końca życia, bo żadna dziewczyna nie będzie chiała takiego maminsynka- plimpaska. 
Jak upiec sernik. "Och, powinnaś dodać więcej tego i owego. Mnie nigdy sernik nie opada".  Mnie by opadło wszystko, gdybym była facetem i musiała z tobą mieszkać. Chociaż, znając ją, pewnie jak robić loda też wie lepiej. 

Oho, barszcz za słony. Kurde, co robić? Co robić? O cholera, grzybowa kipi. I jeszcze będzie narzekanie teściowej. Dlaczego nie ma karpia. Dlaczego? Bo nie będę mordować bezbronnego zwierzaka, by tradycji stało się zadość! Przywykłam, że co roku matka mojego męża ubolewa, że wziął sobie taka "lewicową feministkę, co to nie chce walnąć bydlaka w łeb i po krzyku. Jakaś wielkomiastowa. Karpia żeby na wigilię nie było? Zgroza. Nie martw się synku, i tak do nieba nie pójdzie za te poglądy polityczne i sposób ubierania. Żeby takie krótkie spódnice nosić?" . Przywykłam. 

Jeju. Jako, że część żarcia i tak się przypaliła, a część wykipiała, postanawiam zrobić kawę. Otwieram ulubiony miesięcznik. "Po co czytasz ten szmatławiec? Tylko miesza ci w głowie tymi durnymi tekstami o psychologii." słyszę moją matkę. Bo lubię do cholery, lubię ten magazyn. Patrzę na dział o podróżach. Piękne zdjęcia...Szwajcaria zimą. Chciałabym tam być teraz. Sama, bez nich wszystkich, Wiedzących lepiej. Krzyczących, co mam robić. Pamiętających o mnie tylko jak mają do mnie biznes. Chciałabym być sobą taką chwilę i poczuć, że święta mają sens. A nie, znów otrzymać wstrętny sweter. Srebrną biżuterię od niego. Jak ja nienawidzę srebra...Patrzeć na przekarmione czekoladą dziecko. I słyszeć te pierdy i bekania reszty zacnej rodzinki. Jak ja was, kurwa, nienawidzę. Jak nienawidzę tych pieprzonych, naszpikowanych komercją i przepitych koka kolą i wódą trzech dni.Tych żałosnych wesołych. Tego sztucznego nawzajem. Nie-na-kurwa-widzę."


Uff. Jakie ja mam szczęście, że to nie moje życie. Mam nadzieję, że również nie Wasze. I że jednak ten czas był choć troszkę fajny. 
Pozdro, 

MZR

niedziela, 18 grudnia 2016

Zgniłe ogryzki, czyli niedaleko pada jabłko od jabłoni

Siema wszystkim, 

dzisiaj- zgodnie z obietnicą o tym, jak pedagog widzi psucie dzieci przez dorosłych. I jak widzę zdziwienie tychże rodziców, że ich dzieci są zepsute. Pozwolę sobie utworzyć go w formie listu do niestniejącego w realu, a jedynie w mojej głowie, Ministra Edukacji Rodziców. Ministrem jest kobieta jako, że zawód pedagoga jest sfeminizowany (o zgrozo, momentami. Tak, czasem jestem mizoginką). 

Szanowna Pani!

Ja, niżej podpisana Mama Zła Rada piszę do Pani w sprawie wielkiej rangi. Mianowicie, w dziesięcioletnim okresie mojej pracy jako pedagog i filolog zauważyłam zjawisko, które rzutuje na całe nasze społeczeństwo. Pozwoli Pani, że - jako zaniepokojona obywatelka- zajmę stanowisko w tejże kwestii, opierając się na mojej wiedzy teoretycznej i praktycznej. 

Wspomniane przeze mnie zjawisko to psucie dzieci i młodzieży przez ich rodziców. Wielokrotnie w trakcie prowadzonych przeze mnie lekcji, zajęć i warsztatów zauważyłam, jak bardzo roszczeniowa, a przy tym mało zaangażowana we własną edukację jest część naszego społeczeństwa, zwana przez niektórych "przyszłością narodu". Otóż dzieci i młodzież rości sobie prawa do wymagań wobec nauczycieli. Wymagania te dotyczą nie tylko treści przekazywanych w trakcie zajęć, ale i np. nauczycielskiego ...ubioru. Jedna z moich znajomych, w trakcie pracy w liceum o ponad 350-letniej tradycji, usłyszała od tegoż "kwiatu młodzieży", że- uwaga nastąpi cytat: "Ja takiej wieśniary co pierdoli 45 minut i przeszkadza mi sprawdzać fejsbuka, słuchać nie będę". Koniec cytatu. Wraz z pozostałymi pedagogami i nauczycielami z mojego otoczenia przysiedliśmy raz przy trunkach wszelakich ( jak Szanowna Pani wie, nauczyciele też ludzie, wypić potrafią, lubią, a czasem po prostu muszą). Doszliśmy do wniosków, że zgodnie ze starym porzekadłem- przykład idzie z góry. Ale przecież nie od nas. My, zobowiązani istniejącymi przepisami prawa, ograniczeni w ilości środków przymusu stosowanych wobec dzieci i młodzieży, szykanowani za system nagród i kar, a za oceny opisowe, uwzględniające zachowanie, wyzywani notorycznie od czepialskich, czujemy się bezsilni wobec tego zjawiska. A zjawisko owoż ma swoje źródło tylko i li w domach naszej przyszłości narodu. 

Od kogo, jeśli nie od rodziców, babć, dziadków, ciotek, wujków i opiekunów prawnych, kwiat narodu wynosi te wszystkie "cudowne" epitety? Gdzie je słyszy? Gdzie poznaje system braku kontroli, braku dyscypliny i motywacji? W domu właśnie. Pozwolę sobie w tym miejscu zwrócić uwagę na pejoratywne konotacje w dzisiejszych czasach, jakie wiążemy z wyżej wymienionymi terminami. 

Kontrola? Kojarzy się z dyktaturą i rządami autorytarnymi. A przecież rodzic ma prawo wiedzieć, jak się uczy jego dziecko, jakich ma kolegów i koleżanki oraz dokąd się udaje, zwłaszcza po zmroku i jeśli nie ukończył lat 18, dających młodej jednostce prawo do samodzielnego decydowania o swych poczynaniach. 

Dyscyplina? Czasy kindersztuby minęły- zagrzmią zaraz blogerzy parentingowi, zakochani w sobie i swoich dzieciach, roszczący sobie prawo do wydawania opinii na temat rodzicielstwa. A dyscyplina to przecież umiejętność podziału rzeczy na istotne i mniej ważne. To świadomość, jak należy postępować w określonych sytuacjach społecznych. To narzędzie, by spełniać marzenia. Bez dyscypliny, zwłaszcza samodyscypliny, żaden ze znamienitych umysłów, twórców i sportowców nie zostałby legendą w swej dziedzinie. A dzisiaj nauka dyscypliny leży i kwiczy, kopana w same jądra szpilkami nadopiekuńczych mamusiek i timberlandami modnych tatuśków.

Motywacja? Przecież moje dziecko jest tak cudowne, że dostanie w życiu wszystko, czego chce. Przecież wystarczy chcieć. Otóż, drodzy rodzice, gówno prawda, jak mawiał ks. Tischner. Nie wystarczy. Dobrymi chęciami daleko nie zajedziesz. Dobrymi chęciami szkoły nie skończysz. Dobrymi chęciami daleko nie zajdziesz. Do tego potrzebna jest dyscyplina, motywacja i jeszcze jedna ważna umiejętność w życiu, której oduczacie swoje dzieci. 

Konsekwencja. Ale jak wasze dzieciaki mają być konsekwentne, skoro sami tego nie potraficie. Dajecie im mylne sygnały już od najmłodszych lat. Zjedz obiad to dostaniesz cukierka. A jak maluch zacznie drzeć się i beczeć, ulegacie, byle cisza byłą i wciskacie mu nie jednego a trzy cukierki. Byle się zatkał i spokój mieć. Mówicie nie ciągnij psa za ogon, a potem przymykacie na to oko, bo przecież tak ładnie się bawi ze zwierzakiem. A jak psu puszczą nerwy i warknie, to karzecie jego, nie dzieciaka. Halo, chyba jest coś z wami nie tak. Pies nic złego nie zrobił, tylko - już słyszę gromy za to określenie - bachor. Tak, bachor, bo jeżeli nie szanuje zwierząt i ich prawa do spokoju, jest zwyczajnym wrednym bachorem. Jeżeli chce konsekwencji to jak mówicie, że nie wolno psa ciągnąć za ogon, to egzekwujcie to od dziecka, a nie od psa. On się za ogon nie ciągnął. A propos konsekwencji. Wkurwia mnie na maksa- Szanowna Pani Minister wybaczy wulgaryzm, ale innego określenia w rodzimym języku na stan mój nie znajduję- kiedy najpierw karzecie dziecku coś nie robić, potem ustępujecie, a jak wasz spokój i cisza zostaną zaburzone, to drzecie ryje i dajecie klapsa gówniarzowi w dupsko. No, działanie megapedagogiczne. Gratulacje. Sami powinniście dostać wpierdol, jeśli tak się zachowujecie. Jak mawiają w pewnych kręgach- dyplomacją barbarzyńcy nie oswoisz. Nie wiecie, jak się zachować wobec dziecka? Ok, nie każdy wie. Ale po to jesteśmy my, pedagodzy, nauczyciele i większość z nas naprawdę może wam pomóc, podpowiedzieć co i jak.

Szanowna Pani Minister, wybaczy Pani, że w liście mym zwracałam się bezpośrednio do rodziców. Uznałam jednak, że Pani zgodzi się z moimi uwagami i zamieście tenże list na ministerialnym portalu. Proszę go potraktować jako głos oburzonej i sfochowanej na rodziców pedagog, filolog i matki. Sama jestem matką dwulatki i wiem, że bywa ciężko. Uczę dzieci i młodzież w różnym wieku- od lat 5 do 20. Grupą najliczniejszą są dla mnie owiani złą sławą gimnazjaliści. Ja uważam, że to bardzo inteligentne i mądre dzieci, tylko trochę zagubione między dzieciństwem a dorosłością. Nigdy się nie spoufalam z moimi uczniami, wręcz przeciwnie- jestem bardzo wymagająca, ale szanuję ich jako ludzi i tego szacunku wymagam wobec siebie. Oni to widzą. Widzą konsekwencję w moim postępowaniu. Na zajęciach są zdyscyplinowani i zmotywowani. Nie raz słyszę, że chcieliby, by ich rodzice tacy byli. Stosowanie wyżej wymienionych wartości na co dzień daje dzieciom i młodzieży coś, o co rodzice walczą, ale nie tym orężem co trzeba. Dają poczucie bezpieczeństwa i spokój. 

Załączam wyrazy szacunku i wiarę, że mój głos być może zmieni coś w życiu niektórych rodzin. 

Z poważaniem, 
Mama Zła Rada 


sobota, 17 grudnia 2016

Wracam z przytupem (inaczej zwariuję)

Witam, witam, wszystkich wiernych i nowych Czytelników MZR.

 Brakowało mi pisania, brakowało mi wiadomości od Was, brakowało mi radości z twórczości. Nie będę się wybielać, że dużo pracy (prawda), że dużo obowiązków (prawda), że zero czasu dla siebie w ostatnich 2 miesiącach (oj, prawda). Nie będę, bo to tak naprawdę zwykłe pierdolenie o szopenie rozżalonej mamuśki by było. A ja przecież...Nie jestem rozżaloną mamuśką. 

Faktem jest, że zaniedbałam bloga straszliwie, a potem się wkurzałam na siebie. A to, że wszystkie tematy już poruszono na blogach parentingowych. A ja nie lubię tego, co powtarzalne. A to, że inne mamy chyba w totka wygrały, że mają taki zadziabisty pr i piękne zdjęcia, grafikę pod ich blog robioną. A ja ani fotografem, ani grafikiem nie jestem. Mało tego, nie mam zbyt wile czasu, by się tego nauczyć. Bo przecież wszystkiego można się nauczyć, a ja mam szczęście należeć do tej grupy osób, które nieważne, co to, ale uczą się szybko i chętnie. 

Jak sami widzicie, z tymi wszystkimi zagwozdkami, nie było daleko do marudzenia i typowo polskiego narzekania. Na szczęście, nie jestem taką osobą. Ci co mnie znają, wiedzą, że bliżej mi do wojownika, który obmyśli strategię jak zrobić, by było więcej niż dobrze. No więc myślałam, czasem przez to myślenie później zasypiałam, ale w końcu wymyśliłam. 

Najlepsze co mogę zrobić, by Mama Zła Rada znów działała jak należy, to pisać o tym, o czym sama chcę czytać. Nie interesują mnie posty z tzw. dupy czyli kochani, założyłam się z mężem, że jak zbiorę pod tym postem 5000 lajków, to mam wolną sobotę i jadę do SPA a on zajmuje się dziećmi. Żenada w ogóle wstawić takiego posta. Po pierwsze, jakiego masz chujowego męża, że musisz się z nim zakładać o takie rzeczy? Czyli że co, na co dzień nie zajmuje się dziećmi? Po drugie, to takie trochę dupczenie lajkami. A to już trąci kurestwem internetowym. 

Aha, jak sami widzicie, język mój też nie należy do najłagodniejszych. Ale takie jest życie- brutal and zasadzkas i czasami kopas w dupas. Życie - zwłaszcza rodzica- to nie reklama mleka w proszku, gdzie bogata mama siedzi w wielkim pięknym domu, zadbana, z czystym dzieckiem, radośnie pijącym sztuczne mleko z trendowej butelki. Nie, życie to nie cukierkowy świat wymyślony przez speców od marketingu. 

Dlatego u Mamy Złej Rady nie znajdziecie słitaśnych postów jak to uszytki zrobiliśmy albo jakie krzywe łańcuchy nam wyszły. Nie, nie. Nie będę marnować internetu na takie gówna. 

źródło:keep-calm-o-matic.com


Przeczytacie na pewno o sprawach, które zajmują każdego rodzica. Bez lukru. Z ironią. Ale bez kitu, jaki wciskają Wam na temat rodzicielstwa blogerzy, jakich mogę nazwać co najwyżej bubblegum bloggers. Dlaczego tak? Bubblegum to angielski termin na gumę do żucia - jako symbol w kulturze masowej produkt ten występuje najczęściej jako słodki i różowy. Mnie jest bliżej do gorzkiej czekolady z nutą chilli. 

Umiem liczyć, więc liczę na siebie. I liczę, że wróciłam na dobre. Następny post o tym, co mnie wkurwia we współczesnych rodzicach - pisany z punktu widzenia pedagoga pracującego z dziećmi i młodzieżą, jakim jestem. A psują dzieci na potęgę a potem się dziwią, że mają z nimi problem. 

Pozdro,

MZR

piątek, 18 listopada 2016

Coraz bliżej święta, czyli prezentów czas!

Do najbliższego Bożego Narodzenia zostało dokładnie 38 dni. W telewizorni lecą już reklamy wszystkiego- co- musisz-kupić- bliskim-inaczej-będą-nieszczęśliwi. Coraz więcej z nas daje się nabrać na czarującą oprawę, dobry marketing i wmawianie nam, czego KONIECZNIE! potrzebujemy. A że święta to czas dawania (i brania) prezentów, stajemy się ofiarami biznesu. 

Każdy rodzic chce, żeby prezenty, jakie jego dziecko znajdzie pod choinką, były wyjątkowe, modne, jedyne w swoim rodzaju. Ogląda te reklamy i zaczyna wierzyć, że dopiero klocki za 300 zł albo lalka, która sika i robi kupę za 250 zł, wywołają uśmiech an twarzy jego dziecka. Według różnych portali finansowych, przeciętny Polak wydaje na święta od 800 do 1500 zł. Wow. Ależ jesteśmy lekkomyślni. Serio wierzycie, że kupa prezentów "odkupi" czas stracony? Naprawdę uważacie, że wasze dzieci MUSZĄ mieć te wszystkie gadżety, najnowsze smartfony, ajfony, ajpady, lego i inne barbie? 

A może jesteście po prostu leniwi, mało kreatywni? Może nie chce wam się zmienić przyzwyczajeń i zamiast wydawać kupę hajsu na niepotrzebne [sic!] bajery, wykupicie wyjazd w góry? Albo pojedziecie do lasu na spacer w śniegu? Albo skoczycie z dziećmi na lodowisko? Zrobicie razem szopkę i figurki z gipsu (albo drewna, patyczków, czego tam chcecie)?Nauczycie dziecko śpiewać kolędy. Polskie albo ich odpowiedniki w językach obcych, jeśli znacie inne niż ten ojczysty. 

Zmieńcie coś, zachęcam do tego. Zamiast kupnych gotowych prezentów podarujcie sobie coś naprawdę bezcennego: czas. Nie bądźcie jak reszta społeczeństwa. Nie musicie podążać za tłumem. Podobno żyjemy w czasach pochwały indywidualizmu. Ale chyba jest to indywidualizm na pokaz, bo ja na ulicach widzę kopie trendów. Mało kto zabierze dziecko do muzeum, na wycieczkę, do kina, do teatru, do lasu, nad morze, kiedy ma parę dni wolnego. Bo łatwiej pójść do galerii handlowej, wybrać modny prezent, taki, o jakim piszą bardzo-mądrzy-redaktorzy w magazynach lajfstajlowych i portalach opiniotwórczych. 

źródło: giphy.com


Ja nie kupię w tym roku mojej córce prezentu. Mało tego! Mężowi też. I sama nie chcę. Dziękuję, ale nie. Zamiast tego upieczemy razem pierniczki, a potem spędzimy te święta najlepiej jak możemy, pijąc gorące kakao przy choince, fajnych lampkach, jakie już mamy, przytulając się i ciesząc, że możemy być razem. Bo damy sobie najcenniejsze, co możemy: razem spędzony czas. Bez pośpiechu, nerwów, pełen uśmiechów, buziaków i radości. 

Może wy też potraktujecie adwent w tym roku jako czas refleksji, by jednak nie dać się skroić na prezentach?

pozdro, 

MZR

poniedziałek, 7 listopada 2016

Mama współcześniada

Jak to jest być matką współcześnie? 

Masz kilka opcji kobieto. Jedna to taka, że jesteś wash and go, dwa w jednym. Praca i dom. Ty- kobieta, Ty- matka. Albo raczej Ty- pracownik, Ty matka. Bo na kobietę czasu już nie starcza. Wszelkie chwile poświęcone sobie , czyli Tobie, droga mamo, Ty albo osoby z Twojego otoczenia piętnujecie. Ty dokonujesz samobiczowania, no bo jakże to tak, wyjść do ludzi? Iść do fryzjera Na basen? Na fitness? Jakże to tak, zostawić dziecko pod czyjąś opieką- a już nie daj Boże, ojca (Twojego dziecka).  Jakże to tak?! Trwonić pieniądze na błahostki typu włos czy paznokcie. Albo- o nie, nie- karnet do siłowni. Nowy ciuch? Jakim prawem! Kawa z koleżanką?! No way! Jak śmiesz wychodzić z domu, jak śmiesz wyjść i tracić te rzadkie chwile z Twoim największym skarbem, Twoim dzieckiem? Jak?! 

Znasz to, co? Ten wstrętny, obrzydliwy cichy głos w Twojej głowie. Najpierw szepcze,a potem grzmi. Nie wolno. Jesteś złą matką. Nie umiesz zarządzać czasem. Nie umiesz kochać swojego dziecka. Nie kochasz go, tak właściwie. Kochasz siebie, ty wstrętna egoistko. Ty wyrodna matko. Powinnaś być prawdziwą Matką- Polką. Dom, rodzina, dzieci. Tu nie ma miejsca na jakieś feministyczne widzimisię. Masz męża, masz dzieci, a sio, do garów! A sio, do sprzątania. Za miotłę i polecieć to ty sobie możesz, od drzwi do klamki! Jakim prawem w ogóle myślisz o sobie? Hę? 


Opcja dwa: matka Polka niepracująca. Nie masz pracy, bo poświęciłaś się dzieciom. Wybrałaś tak sama albo - częściej życie Cię zmusiło. Bo w Twoim mieście kiepsko z pracą. Bo masz chorowite dziecko i nikt nie dałby Ci przyzwolenia na siedzenie w domu na L4. A może jesteś w gronie tych kobiet, których partner zarabia na tyle dużo, ze możesz sobie pozwolić na zostanie z dziećmi i ich odchowanie? Nieważne. Ważne jest to, ze społeczeństwo, w jakim żyjesz, uważa Cię za bezproduktywną. Mało tego! Według ogółu jesteś leniem śmierdzącym, a właściwie pachnącym, bo tylko leżysz i pachniesz. No bo co to za zajęcie- być z dziećmi i je wychowywać? No kaman, przecież to nie robota, to luksus! Pewnie jesteś mało ambitna i żerujesz na swojej drugiej połowie, a on, biedny przodownk pracy, wypruwa sobie żyły, żebyś Ty potem mogła trwonić ciężko zarobione przez niego pieniądze w rosmanie czy innej seforze. Taka z Ciebie utrzymanka. Ty pasożycie tego narodu!

Opcja trzy:jesteś zamożną kobietą, stać Cię na nianię dla dziecka gdy Ty musisz być na spotkaniu biznesowym albo w delegacji. A może jesteś artystką i potrzebujesz niani, gdy masz próby w teatrze, malujesz albo prowadzisz zajęcia z tańca? Nieważne. Jesteś egocentryczką zakochaną w sobie i spełniającą tylko swoje marzenia. Oddawać dziecko pod opiekę obcym! Jakim prawem! Pewnie marszy o chwilach tylko dla siebie, na spełnianie swoich narcystycznych zachcianek. Pewnie pracujesz dużo, bo nauczyłaś się żyć na "poziomie" i gdzie dla Ciebie życie zwyczajne, takie plebsowe. A fe! Ty musisz przecież mieć to co luksusowe, najlepsze, z najwyższej półki. Dziecko w sumie nie wiadomo po co masz, pewnie dla kaprysu, jako dodatek. 


Wiecie co? Przejebane jest być matką dziś. Matki każdy rozlicza. Partnerzy, rodzice, dziadkowie, społeczeństwo, sąsiadki, kolorowe pisemka, internet. Nic nam nie wolno. Wszystko trzeba. Jesteśmy jak wrzód na dupie społeczeństwa. Niepotrzebne, niewygodne. Nie jesteśmy nawet ludźmi w oczach niektórych, bo nie powinnyśmy mieć prawa do bycia po prostu kobietami. W ogóle najlepiej byłoby nam zakneblować pyski, ustawić w szeregu i wydawać rozkazy. Jako armia takich niby- zombie byłybyśmy idealnymi żołnierzami- reproduktorkami. Rodzić- wychowywać. Dom i praca. Zarabiaj i sprzątaj. A, sorry, jeszcze wyglądaj seksownie. Bądź jak dziwka i zakonnica w jednym. Jesteś zmęczona? Buahaha, czym?! Znacie to , prawda, koleżanki- mamy? To wam wmawia cały świat. Nie wolno nam zaznać szczęścia- takiego prostego, z drobnych rzeczy. Jak np. kawa z kawiarni, albo paznokcie zrobione przez manikiurzystke. To szczęście jest niebezpieczne. Bo ono może nas ogłupić, sprawić, że będziemy chciały więcej. A to już niedaleka droga do matczynej emancypacji i buntu na pokładzie.



A przecież... szczęśliwa kobieta to szczęśliwa matka, co daje nam...no właśnie, szczęśliwe dziecko. Taki zestaw naczyń połączonych . Ale nie chodziło się na fizykę, co?

Pozdro 600, 

bardzo wredna i wyrodna, spełniająca swoje marzenia Mama Zła Rada

poniedziałek, 24 października 2016

Dobra nauka zła szkoła- dlaczego wstydzimy się rozmawiać z dziećmi o śmierci?

Drogi Rodzicu!

Czym jest śmierć? Stanem? Niebytem? Końcem wszystkiego? Początkiem życia wiecznego?

Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć na te pytania. Może śmierć właściwie nie jest niczym. Nie wiem. Jestem natomiast pewna, że z dziećmi trzeba i należy o śmierci rozmawiać. 

Nadchodzi Halloween ( jestem anglistą, więc mam słabość do tego typu dni), nadchodzi Dzień Wszystkich Świętych. Nieważne,w  co wierzycie, i czy wierzycie. Pewne natomiast, że śmierć spotka każdego z nas. Ciebie i mnie. Prędzej czy później. Nie znamy dnia ani godziny. Zapewniam Cię jednak, że póki masz czas, porozmawiaj ze swoim dzieckiem o śmierci. Opowiedz, co sam o niej myślisz. Że się boisz. Albo i nie. Może jesteś spokojny, bo pogodzony ze wszystkim, co ma Cię spotkać. Jak ją odbierasz. Jaki wpływ miało na Ciebie odejście bliskich i znajomych. A może wstrząsnęła Tobą śmierć nieznajomego? Może ukochanego zwierzaka? A może kogoś, kogo w ogóle nie znałeś? Kto żył w innym kraju, w innych czasach? 

Śmierć...Nie jest to łatwy temat. Trzeba umieć o niej rozmawiać. A dzieci lubią zadawać pytania. Dlaczego? Po co ktoś umiera? Czy był zły? Gdzie jest po śmierci? Czy trzeba jej się bać? Pamiętaj, że od Ciebie zależy nastawienie Twojego dziecka do śmierci. A skoro do niej, to i do życia. Bo Śmierć i życie są ze sobą nierozerwalnie związane. 

Jak rozmawiać? Obejrzyj "Króla lwa". To może banał i truizm, ale to jedna z najpiękniejszych i najsmutniejszych bajek dla dzieci, gdzie śmierć jest jednym z głównych wydarzeń. Od niej wszystko się zaczyna i przez nią się dzieje. A może pożegnaliście właśnie zwierzaka? Pogadaj z dzieckiem. Daj się wypłakać. Łzy oczyszczają. Daj powspominać. We wspomnieniach żyjemy. Wytłumacz, na czym polegają obchody Wszystkich Świętych. Wytłumacz, jak wspominają zmarłych inne kultury. Obchodź z dzieckiem Halloween. To bardzo dobry dzień, by do śmierci podejść z dystansem i bez patosu. Oswój strach. Opowiedz o zwyczajach meksykańskich lub słowiańskich- że na groby chodzi się by porozmawiać ze zmarłymi, a nawet czasem zostawia się alkohol, by zmarły mógł z nami "się napić". 

źródło:history.com







Jak ja rozmawiam o śmierci? Często. Z dystansem. Często się śmieję, że nie życzę sobie sztucznych kwiatów na grobie, bo będę straszyć tego, kto je przyniósł. Mówię, że mają sobie ułożyć życie, jeśli mnie zabraknie. Że mają kochać i być kochanymi. Mówię nawet, co życzę sobie zagrać na pogrzebie. A życzę sobie ten oto utwór:

https://www.youtube.com/watch?v=UVUwqxuDb9A

Mówię, że mają się cieszyć życiem, pamiętać wszystkie dobre chwile i co dobrego dla nich zrobiłam. Nie umieram, ale uważam, że nie ma nic złego w rozmawianiu o śmierci na co dzień. Bo prawda jest taka, że każdy z nas może odejść w każdej chwili. W końcu, cytując J.K. Rowling:

"Os­ta­tecznie, dla na­leżycie zor­ga­nizo­wane­go umysłu, śmierć to tyl­ko początek no­wej wiel­kiej przygody." 


Udanych dyskusji,

MZR

czwartek, 29 września 2016

Jak Was robią w balona- rzecz o szkołach językowych

W kolejnym poście z cyklu "Dobra nauka, zła szkoła", napiszę o zjawisku, z jakiego większość rodziców być może nie zdaje sobie sprawy, zapisując dzieci na rozmaite zajęcia językowe do prywatnych szkół językowych.

Fakt 1. Jeżeli Rodzicu wierzysz, że szkoła nastawiona jest tylko na dobre rezultaty u swoich uczniów, to jesteś w błędzie. Żyjemy w czasach kapitalizmu, więc najważniejsze dla każdego podmiotu gospodarczego są pieniądze. Sorry, ale taka jest prawda.

Oczywiście, są - na szczęście- szkoły, które- poza zyskiem- zwracają uwagę na jakość usług. Dbają o atmosferę na zajęciach, o zatrudnianie lektorów komunikatywnych, o stosowanie nowoczesnych metod nauczania.

Fakt 2. Jeżeli Rodzicu wierzysz, że im drożej, tym lepiej, jesteś w błędzie. Znam wiele szkół i centrów językowych, które zdzierają kasę z klientów, a ich poziom jest momentami żenujący. Dlaczego? Często zatrudniają studentów, którzy niekoniecznie mają tzw. umiejętności miękkie w zawodzie i nie potrafią właściwie wiedzy przekazać. Ale zdarza się, że mają i nauczycieli na etatach w szkole, którzy również tych umiejętności nie mają. Reguły nie ma.

Fakt 3. Jeżeli nauczyciele ze szkoły językowej zapewniają Cię, że jest super , a Twoje dziecko jak ma iść na zajęcia, zaczyna gwiazdorzyć i wymyślać powody, by na nie chodzić, to kogo się posłuchasz? Pewnie nauczyciela, bo przecież ma doświadczenie no i płacisz mu gruby hajs za lekcje. No i popełniasz podstawowy błąd, bo jeżeli dziecku podobałyby się zajęcia i byłoby nimi zainteresowane, chodziłoby tam z przyjemnością i uśmiechem na twarzy. 

Na co zwrócić uwagę przy wyborze szkoły językowej?

1. Ile lat jest na rynku? Warto się przyjrzeć istnieniu szkoły. Czy cieszy się zainteresowaniem? Czy chodzi tam ktoś z Twoich znajomych? Może warto sprawdzić pocztą pantoflową, jakie są opinie na temat tej szkoły?

2. Czy wiąże Cię z nimi długoterminowa umowa? Jeżeli tak, i w dodatku wiąże się to z konsekwencjami finansowymi, to zastanów się nad tym czy warto. Może się okazać, że to będzie wyjątkowo kosztowna przygoda, zwłaszcza jeśli firma zachowuje sobie termin wypowiedzenia miesięczny lub dłuższy. 

3. Czy materiał, jaki będzie przerabiać na zajęciach Twoje dziecko, pokrywa się z tym, co przerabia na lekcjach w szkole? Jest to szczególnie istotne, jeżeli dziecko posyłasz na zajęcia, by się podszkoliło w używaniu języka. Lepiej wybrać takie zajęcia, na których materiał będzie dość zgodny z programem szkolnym, niż by miało uczyć się innych rzeczy. Może się zdarzyć tak, że  z tego wszystkiego zrobi mu się odlotowy misz masz w głowie i odlotowych ocen ze szkoły przynosić nie będzie. 

4. Czy Twoje dziecko chce tam chodzić? Jeżeli maluch jest zniechęcony, to wierz mi- zwyczajnie się nudzi albo lektor jest niemiły/ źle się zachowuje na zajęciach. Jeżeli zajęcia są interesujące a nauczyciel w porządku, dzieciak nie będzie mógł się doczekać kolejnego spotkania. 

Powodzenia i miłej nauki :)

MZR