Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parenting. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parenting. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 września 2017

Magia olewania magii sprzątania

Jakiś czas temu jednym z bestsellerów był nie romans, nie biografia, nie kryminał, a ...poradnik o tym jak sprzątać. Serio, różne są sposoby, by zarobić dobry hajs, a pomysł 32- letniej Japonki, Marie Kondo, okazał się wyjątkowo skuteczny. Ta młoda kobieta stosuje w swoim poradniku, którą nazywa- jakże skromnie- od połączenia swojego imienia i nazwiska, a zatem....Konmari. To, że Azjatka wydała książkę o "efektywnym" i "harmonijnym" sprzątaniu (wtf?!), to jedno. Dwa, poszła za ciosem i zaczęła prowadzić kursy ze sprzątania wg swojej metody. Na czymże oparła swój sukces? 
Konmari to nic innego, jak świadome i w zgodzie ze sobą pozbywanie się zbędnych rzeczy. Japonka radzi, by je posegregować i te nieprzydatne po prostu wyrzucić, oczywiście- po odpowiednim "pożegnaniu". Powiem szczerze, że razi mnie to jej zachęcanie do wyrzucania dobrych jeszcze przedmiotów, czy też elementów garderoby .  Kondo zyskałaby w moich (i nie tylko moich ) oczach, gdyby zachęcała do przekazania tych rzeczy do domów dziecka czy opieki nad starszymi osobami, do szpitali, hospicjów czy po prostu na zbiórki dla osób potrzebujących. Ale po co się dzielić, skoro można wyrzucić i pozbyć się bałaganu i nieporządku, chaosu, który hasa po naszym życiu i powoduje destabilizację?



Szczerze, kupiłam tę książkę z czystej ciekawości. Mogłam kupić jakiś poradnik Rozenkowej rodzyny, powiecie. Sorry, ale ktoś kto przerabia swój dowód osobisty, usta i biust, by wyglądać młodziej i jeszcze indoktrynuje innych, że ma 10 lat mniej niż ma...nie. No, po prostu, (nie)Perfekcyjna Pani Ściemy - jestem na nie. 

Co sądzę na temat tej książki? Zachwycą się nią osoby, których rodzice oszczędzali w sprzątaniu za gówniarza, takie dwie lewe ręce. Filozofia książki do mnie nie przemawia. Owszem, jestem na tak, jeśli chodzi o minimalizm w domu i szafie, ale poza tym, że chcę
 a) czuć się dobrze w swoim mieszkaniu i ubraniach,
 b) korzystać z rzeczy, na które zarobiliśmy z mężem kasę, 

to uważam, że te medytacje nad skarpetkami z dziurą w miejscu dużego palca od lewej stopy są już lekko przesadzone. Wolę takie artykuły na temat gospodarowania szafa czy przestrzenią, które zachęcają do PRZEMYŚLANYCH zakupów. Nie pod wpływem chwili- ooo jaka słodka bluzka w różowe kupy-muszę ją mieć - fuj rozumiecie ten trend z kupą? Nawet zabawki produkują. Widzieliśmy na Krupówkach i przy molo w Międzyzdrojach. Zanim wydacie kasę, na którą przecież zasuwacie- zastanówcie się , czy naprawdę tego potrzebujecie? Jeśli odpowiedź po trzykroć brzmi YES, YES, YES, cytując pewnego byłego Prezesa Rady Ministrów- to wydajcie ten hajs i cieszcie się zakupem.


A poradniki o magii sprzątania olejcie. Szkoda czasu i pieniędzy.

A propos magii olewania- o tym będzie kolejny post. O ... poradniku, a jakże :D 


P.S. Pisząc ten post, notorycznie zamiast "poradnik", pisałam "podręcznik". Efekt rozpoczęcia roku szkolnego ? :)

sobota, 17 grudnia 2016

Wracam z przytupem (inaczej zwariuję)

Witam, witam, wszystkich wiernych i nowych Czytelników MZR.

 Brakowało mi pisania, brakowało mi wiadomości od Was, brakowało mi radości z twórczości. Nie będę się wybielać, że dużo pracy (prawda), że dużo obowiązków (prawda), że zero czasu dla siebie w ostatnich 2 miesiącach (oj, prawda). Nie będę, bo to tak naprawdę zwykłe pierdolenie o szopenie rozżalonej mamuśki by było. A ja przecież...Nie jestem rozżaloną mamuśką. 

Faktem jest, że zaniedbałam bloga straszliwie, a potem się wkurzałam na siebie. A to, że wszystkie tematy już poruszono na blogach parentingowych. A ja nie lubię tego, co powtarzalne. A to, że inne mamy chyba w totka wygrały, że mają taki zadziabisty pr i piękne zdjęcia, grafikę pod ich blog robioną. A ja ani fotografem, ani grafikiem nie jestem. Mało tego, nie mam zbyt wile czasu, by się tego nauczyć. Bo przecież wszystkiego można się nauczyć, a ja mam szczęście należeć do tej grupy osób, które nieważne, co to, ale uczą się szybko i chętnie. 

Jak sami widzicie, z tymi wszystkimi zagwozdkami, nie było daleko do marudzenia i typowo polskiego narzekania. Na szczęście, nie jestem taką osobą. Ci co mnie znają, wiedzą, że bliżej mi do wojownika, który obmyśli strategię jak zrobić, by było więcej niż dobrze. No więc myślałam, czasem przez to myślenie później zasypiałam, ale w końcu wymyśliłam. 

Najlepsze co mogę zrobić, by Mama Zła Rada znów działała jak należy, to pisać o tym, o czym sama chcę czytać. Nie interesują mnie posty z tzw. dupy czyli kochani, założyłam się z mężem, że jak zbiorę pod tym postem 5000 lajków, to mam wolną sobotę i jadę do SPA a on zajmuje się dziećmi. Żenada w ogóle wstawić takiego posta. Po pierwsze, jakiego masz chujowego męża, że musisz się z nim zakładać o takie rzeczy? Czyli że co, na co dzień nie zajmuje się dziećmi? Po drugie, to takie trochę dupczenie lajkami. A to już trąci kurestwem internetowym. 

Aha, jak sami widzicie, język mój też nie należy do najłagodniejszych. Ale takie jest życie- brutal and zasadzkas i czasami kopas w dupas. Życie - zwłaszcza rodzica- to nie reklama mleka w proszku, gdzie bogata mama siedzi w wielkim pięknym domu, zadbana, z czystym dzieckiem, radośnie pijącym sztuczne mleko z trendowej butelki. Nie, życie to nie cukierkowy świat wymyślony przez speców od marketingu. 

Dlatego u Mamy Złej Rady nie znajdziecie słitaśnych postów jak to uszytki zrobiliśmy albo jakie krzywe łańcuchy nam wyszły. Nie, nie. Nie będę marnować internetu na takie gówna. 

źródło:keep-calm-o-matic.com


Przeczytacie na pewno o sprawach, które zajmują każdego rodzica. Bez lukru. Z ironią. Ale bez kitu, jaki wciskają Wam na temat rodzicielstwa blogerzy, jakich mogę nazwać co najwyżej bubblegum bloggers. Dlaczego tak? Bubblegum to angielski termin na gumę do żucia - jako symbol w kulturze masowej produkt ten występuje najczęściej jako słodki i różowy. Mnie jest bliżej do gorzkiej czekolady z nutą chilli. 

Umiem liczyć, więc liczę na siebie. I liczę, że wróciłam na dobre. Następny post o tym, co mnie wkurwia we współczesnych rodzicach - pisany z punktu widzenia pedagoga pracującego z dziećmi i młodzieżą, jakim jestem. A psują dzieci na potęgę a potem się dziwią, że mają z nimi problem. 

Pozdro,

MZR

piątek, 18 listopada 2016

Coraz bliżej święta, czyli prezentów czas!

Do najbliższego Bożego Narodzenia zostało dokładnie 38 dni. W telewizorni lecą już reklamy wszystkiego- co- musisz-kupić- bliskim-inaczej-będą-nieszczęśliwi. Coraz więcej z nas daje się nabrać na czarującą oprawę, dobry marketing i wmawianie nam, czego KONIECZNIE! potrzebujemy. A że święta to czas dawania (i brania) prezentów, stajemy się ofiarami biznesu. 

Każdy rodzic chce, żeby prezenty, jakie jego dziecko znajdzie pod choinką, były wyjątkowe, modne, jedyne w swoim rodzaju. Ogląda te reklamy i zaczyna wierzyć, że dopiero klocki za 300 zł albo lalka, która sika i robi kupę za 250 zł, wywołają uśmiech an twarzy jego dziecka. Według różnych portali finansowych, przeciętny Polak wydaje na święta od 800 do 1500 zł. Wow. Ależ jesteśmy lekkomyślni. Serio wierzycie, że kupa prezentów "odkupi" czas stracony? Naprawdę uważacie, że wasze dzieci MUSZĄ mieć te wszystkie gadżety, najnowsze smartfony, ajfony, ajpady, lego i inne barbie? 

A może jesteście po prostu leniwi, mało kreatywni? Może nie chce wam się zmienić przyzwyczajeń i zamiast wydawać kupę hajsu na niepotrzebne [sic!] bajery, wykupicie wyjazd w góry? Albo pojedziecie do lasu na spacer w śniegu? Albo skoczycie z dziećmi na lodowisko? Zrobicie razem szopkę i figurki z gipsu (albo drewna, patyczków, czego tam chcecie)?Nauczycie dziecko śpiewać kolędy. Polskie albo ich odpowiedniki w językach obcych, jeśli znacie inne niż ten ojczysty. 

Zmieńcie coś, zachęcam do tego. Zamiast kupnych gotowych prezentów podarujcie sobie coś naprawdę bezcennego: czas. Nie bądźcie jak reszta społeczeństwa. Nie musicie podążać za tłumem. Podobno żyjemy w czasach pochwały indywidualizmu. Ale chyba jest to indywidualizm na pokaz, bo ja na ulicach widzę kopie trendów. Mało kto zabierze dziecko do muzeum, na wycieczkę, do kina, do teatru, do lasu, nad morze, kiedy ma parę dni wolnego. Bo łatwiej pójść do galerii handlowej, wybrać modny prezent, taki, o jakim piszą bardzo-mądrzy-redaktorzy w magazynach lajfstajlowych i portalach opiniotwórczych. 

źródło: giphy.com


Ja nie kupię w tym roku mojej córce prezentu. Mało tego! Mężowi też. I sama nie chcę. Dziękuję, ale nie. Zamiast tego upieczemy razem pierniczki, a potem spędzimy te święta najlepiej jak możemy, pijąc gorące kakao przy choince, fajnych lampkach, jakie już mamy, przytulając się i ciesząc, że możemy być razem. Bo damy sobie najcenniejsze, co możemy: razem spędzony czas. Bez pośpiechu, nerwów, pełen uśmiechów, buziaków i radości. 

Może wy też potraktujecie adwent w tym roku jako czas refleksji, by jednak nie dać się skroić na prezentach?

pozdro, 

MZR

poniedziałek, 7 listopada 2016

Mama współcześniada

Jak to jest być matką współcześnie? 

Masz kilka opcji kobieto. Jedna to taka, że jesteś wash and go, dwa w jednym. Praca i dom. Ty- kobieta, Ty- matka. Albo raczej Ty- pracownik, Ty matka. Bo na kobietę czasu już nie starcza. Wszelkie chwile poświęcone sobie , czyli Tobie, droga mamo, Ty albo osoby z Twojego otoczenia piętnujecie. Ty dokonujesz samobiczowania, no bo jakże to tak, wyjść do ludzi? Iść do fryzjera Na basen? Na fitness? Jakże to tak, zostawić dziecko pod czyjąś opieką- a już nie daj Boże, ojca (Twojego dziecka).  Jakże to tak?! Trwonić pieniądze na błahostki typu włos czy paznokcie. Albo- o nie, nie- karnet do siłowni. Nowy ciuch? Jakim prawem! Kawa z koleżanką?! No way! Jak śmiesz wychodzić z domu, jak śmiesz wyjść i tracić te rzadkie chwile z Twoim największym skarbem, Twoim dzieckiem? Jak?! 

Znasz to, co? Ten wstrętny, obrzydliwy cichy głos w Twojej głowie. Najpierw szepcze,a potem grzmi. Nie wolno. Jesteś złą matką. Nie umiesz zarządzać czasem. Nie umiesz kochać swojego dziecka. Nie kochasz go, tak właściwie. Kochasz siebie, ty wstrętna egoistko. Ty wyrodna matko. Powinnaś być prawdziwą Matką- Polką. Dom, rodzina, dzieci. Tu nie ma miejsca na jakieś feministyczne widzimisię. Masz męża, masz dzieci, a sio, do garów! A sio, do sprzątania. Za miotłę i polecieć to ty sobie możesz, od drzwi do klamki! Jakim prawem w ogóle myślisz o sobie? Hę? 


Opcja dwa: matka Polka niepracująca. Nie masz pracy, bo poświęciłaś się dzieciom. Wybrałaś tak sama albo - częściej życie Cię zmusiło. Bo w Twoim mieście kiepsko z pracą. Bo masz chorowite dziecko i nikt nie dałby Ci przyzwolenia na siedzenie w domu na L4. A może jesteś w gronie tych kobiet, których partner zarabia na tyle dużo, ze możesz sobie pozwolić na zostanie z dziećmi i ich odchowanie? Nieważne. Ważne jest to, ze społeczeństwo, w jakim żyjesz, uważa Cię za bezproduktywną. Mało tego! Według ogółu jesteś leniem śmierdzącym, a właściwie pachnącym, bo tylko leżysz i pachniesz. No bo co to za zajęcie- być z dziećmi i je wychowywać? No kaman, przecież to nie robota, to luksus! Pewnie jesteś mało ambitna i żerujesz na swojej drugiej połowie, a on, biedny przodownk pracy, wypruwa sobie żyły, żebyś Ty potem mogła trwonić ciężko zarobione przez niego pieniądze w rosmanie czy innej seforze. Taka z Ciebie utrzymanka. Ty pasożycie tego narodu!

Opcja trzy:jesteś zamożną kobietą, stać Cię na nianię dla dziecka gdy Ty musisz być na spotkaniu biznesowym albo w delegacji. A może jesteś artystką i potrzebujesz niani, gdy masz próby w teatrze, malujesz albo prowadzisz zajęcia z tańca? Nieważne. Jesteś egocentryczką zakochaną w sobie i spełniającą tylko swoje marzenia. Oddawać dziecko pod opiekę obcym! Jakim prawem! Pewnie marszy o chwilach tylko dla siebie, na spełnianie swoich narcystycznych zachcianek. Pewnie pracujesz dużo, bo nauczyłaś się żyć na "poziomie" i gdzie dla Ciebie życie zwyczajne, takie plebsowe. A fe! Ty musisz przecież mieć to co luksusowe, najlepsze, z najwyższej półki. Dziecko w sumie nie wiadomo po co masz, pewnie dla kaprysu, jako dodatek. 


Wiecie co? Przejebane jest być matką dziś. Matki każdy rozlicza. Partnerzy, rodzice, dziadkowie, społeczeństwo, sąsiadki, kolorowe pisemka, internet. Nic nam nie wolno. Wszystko trzeba. Jesteśmy jak wrzód na dupie społeczeństwa. Niepotrzebne, niewygodne. Nie jesteśmy nawet ludźmi w oczach niektórych, bo nie powinnyśmy mieć prawa do bycia po prostu kobietami. W ogóle najlepiej byłoby nam zakneblować pyski, ustawić w szeregu i wydawać rozkazy. Jako armia takich niby- zombie byłybyśmy idealnymi żołnierzami- reproduktorkami. Rodzić- wychowywać. Dom i praca. Zarabiaj i sprzątaj. A, sorry, jeszcze wyglądaj seksownie. Bądź jak dziwka i zakonnica w jednym. Jesteś zmęczona? Buahaha, czym?! Znacie to , prawda, koleżanki- mamy? To wam wmawia cały świat. Nie wolno nam zaznać szczęścia- takiego prostego, z drobnych rzeczy. Jak np. kawa z kawiarni, albo paznokcie zrobione przez manikiurzystke. To szczęście jest niebezpieczne. Bo ono może nas ogłupić, sprawić, że będziemy chciały więcej. A to już niedaleka droga do matczynej emancypacji i buntu na pokładzie.



A przecież... szczęśliwa kobieta to szczęśliwa matka, co daje nam...no właśnie, szczęśliwe dziecko. Taki zestaw naczyń połączonych . Ale nie chodziło się na fizykę, co?

Pozdro 600, 

bardzo wredna i wyrodna, spełniająca swoje marzenia Mama Zła Rada

poniedziałek, 24 października 2016

Dobra nauka zła szkoła- dlaczego wstydzimy się rozmawiać z dziećmi o śmierci?

Drogi Rodzicu!

Czym jest śmierć? Stanem? Niebytem? Końcem wszystkiego? Początkiem życia wiecznego?

Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć na te pytania. Może śmierć właściwie nie jest niczym. Nie wiem. Jestem natomiast pewna, że z dziećmi trzeba i należy o śmierci rozmawiać. 

Nadchodzi Halloween ( jestem anglistą, więc mam słabość do tego typu dni), nadchodzi Dzień Wszystkich Świętych. Nieważne,w  co wierzycie, i czy wierzycie. Pewne natomiast, że śmierć spotka każdego z nas. Ciebie i mnie. Prędzej czy później. Nie znamy dnia ani godziny. Zapewniam Cię jednak, że póki masz czas, porozmawiaj ze swoim dzieckiem o śmierci. Opowiedz, co sam o niej myślisz. Że się boisz. Albo i nie. Może jesteś spokojny, bo pogodzony ze wszystkim, co ma Cię spotkać. Jak ją odbierasz. Jaki wpływ miało na Ciebie odejście bliskich i znajomych. A może wstrząsnęła Tobą śmierć nieznajomego? Może ukochanego zwierzaka? A może kogoś, kogo w ogóle nie znałeś? Kto żył w innym kraju, w innych czasach? 

Śmierć...Nie jest to łatwy temat. Trzeba umieć o niej rozmawiać. A dzieci lubią zadawać pytania. Dlaczego? Po co ktoś umiera? Czy był zły? Gdzie jest po śmierci? Czy trzeba jej się bać? Pamiętaj, że od Ciebie zależy nastawienie Twojego dziecka do śmierci. A skoro do niej, to i do życia. Bo Śmierć i życie są ze sobą nierozerwalnie związane. 

Jak rozmawiać? Obejrzyj "Króla lwa". To może banał i truizm, ale to jedna z najpiękniejszych i najsmutniejszych bajek dla dzieci, gdzie śmierć jest jednym z głównych wydarzeń. Od niej wszystko się zaczyna i przez nią się dzieje. A może pożegnaliście właśnie zwierzaka? Pogadaj z dzieckiem. Daj się wypłakać. Łzy oczyszczają. Daj powspominać. We wspomnieniach żyjemy. Wytłumacz, na czym polegają obchody Wszystkich Świętych. Wytłumacz, jak wspominają zmarłych inne kultury. Obchodź z dzieckiem Halloween. To bardzo dobry dzień, by do śmierci podejść z dystansem i bez patosu. Oswój strach. Opowiedz o zwyczajach meksykańskich lub słowiańskich- że na groby chodzi się by porozmawiać ze zmarłymi, a nawet czasem zostawia się alkohol, by zmarły mógł z nami "się napić". 

źródło:history.com







Jak ja rozmawiam o śmierci? Często. Z dystansem. Często się śmieję, że nie życzę sobie sztucznych kwiatów na grobie, bo będę straszyć tego, kto je przyniósł. Mówię, że mają sobie ułożyć życie, jeśli mnie zabraknie. Że mają kochać i być kochanymi. Mówię nawet, co życzę sobie zagrać na pogrzebie. A życzę sobie ten oto utwór:

https://www.youtube.com/watch?v=UVUwqxuDb9A

Mówię, że mają się cieszyć życiem, pamiętać wszystkie dobre chwile i co dobrego dla nich zrobiłam. Nie umieram, ale uważam, że nie ma nic złego w rozmawianiu o śmierci na co dzień. Bo prawda jest taka, że każdy z nas może odejść w każdej chwili. W końcu, cytując J.K. Rowling:

"Os­ta­tecznie, dla na­leżycie zor­ga­nizo­wane­go umysłu, śmierć to tyl­ko początek no­wej wiel­kiej przygody." 


Udanych dyskusji,

MZR

czwartek, 29 września 2016

Jak Was robią w balona- rzecz o szkołach językowych

W kolejnym poście z cyklu "Dobra nauka, zła szkoła", napiszę o zjawisku, z jakiego większość rodziców być może nie zdaje sobie sprawy, zapisując dzieci na rozmaite zajęcia językowe do prywatnych szkół językowych.

Fakt 1. Jeżeli Rodzicu wierzysz, że szkoła nastawiona jest tylko na dobre rezultaty u swoich uczniów, to jesteś w błędzie. Żyjemy w czasach kapitalizmu, więc najważniejsze dla każdego podmiotu gospodarczego są pieniądze. Sorry, ale taka jest prawda.

Oczywiście, są - na szczęście- szkoły, które- poza zyskiem- zwracają uwagę na jakość usług. Dbają o atmosferę na zajęciach, o zatrudnianie lektorów komunikatywnych, o stosowanie nowoczesnych metod nauczania.

Fakt 2. Jeżeli Rodzicu wierzysz, że im drożej, tym lepiej, jesteś w błędzie. Znam wiele szkół i centrów językowych, które zdzierają kasę z klientów, a ich poziom jest momentami żenujący. Dlaczego? Często zatrudniają studentów, którzy niekoniecznie mają tzw. umiejętności miękkie w zawodzie i nie potrafią właściwie wiedzy przekazać. Ale zdarza się, że mają i nauczycieli na etatach w szkole, którzy również tych umiejętności nie mają. Reguły nie ma.

Fakt 3. Jeżeli nauczyciele ze szkoły językowej zapewniają Cię, że jest super , a Twoje dziecko jak ma iść na zajęcia, zaczyna gwiazdorzyć i wymyślać powody, by na nie chodzić, to kogo się posłuchasz? Pewnie nauczyciela, bo przecież ma doświadczenie no i płacisz mu gruby hajs za lekcje. No i popełniasz podstawowy błąd, bo jeżeli dziecku podobałyby się zajęcia i byłoby nimi zainteresowane, chodziłoby tam z przyjemnością i uśmiechem na twarzy. 

Na co zwrócić uwagę przy wyborze szkoły językowej?

1. Ile lat jest na rynku? Warto się przyjrzeć istnieniu szkoły. Czy cieszy się zainteresowaniem? Czy chodzi tam ktoś z Twoich znajomych? Może warto sprawdzić pocztą pantoflową, jakie są opinie na temat tej szkoły?

2. Czy wiąże Cię z nimi długoterminowa umowa? Jeżeli tak, i w dodatku wiąże się to z konsekwencjami finansowymi, to zastanów się nad tym czy warto. Może się okazać, że to będzie wyjątkowo kosztowna przygoda, zwłaszcza jeśli firma zachowuje sobie termin wypowiedzenia miesięczny lub dłuższy. 

3. Czy materiał, jaki będzie przerabiać na zajęciach Twoje dziecko, pokrywa się z tym, co przerabia na lekcjach w szkole? Jest to szczególnie istotne, jeżeli dziecko posyłasz na zajęcia, by się podszkoliło w używaniu języka. Lepiej wybrać takie zajęcia, na których materiał będzie dość zgodny z programem szkolnym, niż by miało uczyć się innych rzeczy. Może się zdarzyć tak, że  z tego wszystkiego zrobi mu się odlotowy misz masz w głowie i odlotowych ocen ze szkoły przynosić nie będzie. 

4. Czy Twoje dziecko chce tam chodzić? Jeżeli maluch jest zniechęcony, to wierz mi- zwyczajnie się nudzi albo lektor jest niemiły/ źle się zachowuje na zajęciach. Jeżeli zajęcia są interesujące a nauczyciel w porządku, dzieciak nie będzie mógł się doczekać kolejnego spotkania. 

Powodzenia i miłej nauki :)

MZR

piątek, 23 września 2016

Karciany as

Napiszę dzisiaj o narzędziu niezwykle cennym, by wolny czas, jaki możemy poświęcić dziecku, został spędzony nie tylko fajnie, ale i owocnie pod względem edukacyjnym. 

Uwielbiam karty. Ale nie takie zwykłe, do znanych gier, z asami, królami itd. Uwielbiam karty obrazkowe, z podpisami. Z racji tego, że jestem anglistą, w naszym domu znajdziecie wiele kart do nauki języka angielskiego. Ostatnio zakupiłam trzy zestawy dla dzieci w wieku powyżej dwóch lat., wydane przez wydawnictwo Kapitan Nauka. Zakres tematyczny: zestaw 1- warzywa i owoce, zestaw 2- zwierzęta, zestaw 3- podstawowe słowa. Każdego z nich można używać osobno, ale my lubimy zrobić odlotowy misz- masz. Nasza i Zosi ulubiona zabawa polega na rozsypaniu wszystkich kart na dywanie tak, by wszystkie obrazki były dobrze widoczne. Następnie wymawiamy słowo, jakiego szukamy. My robimy to w języku polskim, nie mam bowiem ciśnienia na perfekcyjne opanowanie języka angielskiego przez moje dziecko już teraz. Rewelacyjne jest to, że Zośka tak fajnie ogarnia poznawczo słowa, o które pytamy, że margines błędu wynosi mniej niż 5 %. 

Co ćwiczymy dzięki takiej zabawie? Po pierwsze- Zosia jest dzieckiem, które chętnie się uczy, a jak widzi efekty, jest z siebie bardzo zadowolona i odważnie podejmuje próby znalezienia słowa- bądź też, precyzując- powiązania słowa z obrazkiem na karcie. Po drugie- dziecko ćwiczy w ten sposób pamięć. Wzrokową, ale i poznawczą w kontekście obraz- słowo. Po trzecie- jest z tego fajna zabawa dla całej naszej rodziny. Bo przecież serce rośnie i raduje się, jak widzimy, ze nasza dwulatka tak wspaniale łączy słowa, będące przecież abstrakcją, z obrazkiem- czyli graficzną realizacją abstrakcji

Jakie są inne warianty tej gry? My na przykład wykorzystujemy karty ze zwierzakami i pokazując je córce, pytamy: "Jak robi piesek?"- pokazując kartę z psem, naśladując przy tym odgłosy wydawane przez to zwierzę (szczekanie). Taki zabieg, tzn. wykorzystanie onomatopei, czyli dźwiękonaśladownictwa, również rozwija dziecko poznawcza na zasadzie- łączę obraz- grafikę- z dźwiękiem, jaki się z tą grafiką kojarzy i jest powszechnie uznawany za uniwersalny dla danego słowa. Mówiąc naukowo- stereotypizujemy poniekąd pojęcia, dzięki połączeniu ich wyobrażeniu graficznemu z dźwiękiem, jaki wydaje- w naszym przypadku- dane zwierzę. 

Można oczywiście- z dziećmi starszymi, bawić się w grę- układanie zwierząt według kategorii. Na przykład- układamy w jednej kolumnie zwierzaki posiadające ogony, w innej latające itd. Czyli mówiąc krótko- uczymy dziecko kategoryzacji. To samo można zrobić z kartami z owocami i warzywami, np. układamy te czerwone, zielone, albo osobno warzywa a osobno owoce. Wersji zabawy możecie wymyślić wiele. 

Polecam Wam również karty obrazkowe dla starszych dzieci. Jest ich wiele rodzajów, niektóre mają formę quizów. My mamy karty dotyczące sportu, ciała ludzkiego, zwierząt no i oczywiście języka angielskiego dla różnych grup wiekowych. Polecam Wam je serdecznie jako sposób an fajne spędzenie popołudnia z dzieckiem, zwłaszcza takiego, gdy pada deszcz. Świetna rozrywka, dużo możliwości no i co najważniejsze- mim zdaniem- możecie pokazać dziecku, że dobra zabawa to  nie tylko internetowe rozrywki.

Pozdrawiam, 
MZR


czwartek, 15 września 2016

Zła Rada Mamy nr 1- nie oceniaj, bo sam zostaniesz oceniony

Dziś rzecz o ocenianiu i hejtowaniu innych. 

Odnoszę często wrażenie, że pod tym względem Polacy są mistrzami świata. Nienawiść wobec innych, tylko z racji tego, że coś im się nie udało, to nasz sport narodowy. Jako, że blog mój poświęcony jest parentingowi, skupimy się na hejcie rodziców wobec rodziców. 

Znacie ten obrazek, gdy robicie zakupy, spieszy się wam (albo i nie) i nagle przez sklep przechodzi krzyk, ryk jakiegoś bachora (takie myśli kłębią się w głowie a propos delikwenta). 
- Daj mi to! - albo- Ja to chcę! Już! Kup mi!

Matka lub ojciec bachora najczęściej czerwienią się i zaczynają zachowywać, jakby chcieli zapaść się pod ziemię. Całym ciałem krzyczą niemo" mnie tu nie ma, nie patrzcie na mnie). No bo przecież żyjemy w czasach, gdy nie wypada dziecku zwrócić uwagi, nie wypada krzyczeć na nie w otoczeniu innych ludzi- albo-o zgrozo! wymierzyć sprawiedliwość ręką ojcowską bądź matczyną, dając gówniarzowi klapsa. 

Gapie zaś zacierają ręce. Bo już jest temat na posta na fejsika, na hejcik ze znajomymi. Siądą przed komputerami po powrocie z zakupów i będą spamować ściany znajomych swoimi złotymi myślami. Pełno będzie rad, pedagogiką zalatujących. Że ci rodzice to niezaradni, że te dzieci to rozwydrzone bachory, dyrygujące życiem stworzycieli. Poziom zajebistości podniesie się o 100. No bo przecież oni nie mają TAKICH problemów. 

Taaa...

Życie ma na szczęście to do siebie, nie rychliwe jest, ale sprawiedliwe. Jak mawiają jankesi, Karma is a bitch...

Łatwo jest oceniać innych. Tylko nikt nie pamięta o tym, że zawsze znajdzie się lepszy mocarz i skrytykuje nas. I może utrze trochę tego wszędobylskiego, wrednego nochala, który węszy pseudo afery i musi jeszcze je rozdmuchać na fejsie. 

Prawda jest taka, że dziecko może mieć gorszy dzień. Że rodzic może mieć gorszy dzień. Słabszy, że mu się nie chce, albo nawtykano mu, że należy bezstresowo wychowywać dziecko. Wmawia mu się, że jest złym rodzicem i musi być lepszy, uważniejszy, wyrozumiały. Łatwo się w tym wszystkim pogubić. Łatwo odpuścić dziecku. Łatwo wykształcić w nim złe nawyki. Tak samo, jak łatwo stać się ofiarą hejterów. 

Jedyne, co mi się z takimi wścibskimi ludźmi kojarzy to kompleksy. Bo trzeba być bardzo zakompleksioną osobą, by krytykować innych, sobie podnosząc ego. Taki nie odpuści, nie zrozumie, tylko będzie fejsbukowym celebrytą, bazującym na cudzym niepowodzeniu. Bo jak głosi przysłowie, nic tak nie uszczęśliwia, jak nieszczęście innych. 

I jedyne, co mogę powiedzieć rodzicom, którzy stali się ofiarami takich hejterów to- uśmiechnijcie się pod nosem i dajcie karmie robić swoje. Ona naprawdę wraca. 

Pozdro 600, 
MZR

poniedziałek, 12 września 2016

Od przybytku głowa rozboli, czyli rodzicu, opamiętaj się! Rzecz o "korkach"

Wrzesień pełną parą. Dzieci poszły do szkoły, był uroczysty apel, przywitanie "pirszoroczniaków" (cytując Hagrida z "Harry'ego Pottera"). Rodzice wydali tysiąc pięćset sto dziewięćset złotych na wyprawki swoich uczniaków. No, ale dla większości to nie wystarczy. Już szukali, już węszyli, bo przecież...DZIECKO MUSI SIĘ ROZWIJAĆ. 

Co to właściwie oznacza? Z moich obserwacji wynika, że panuje społeczne przekonanie, iż szkoła nie uczy właściwie. Hmmm, czyli...jak? Ano tak, aby po opuszczeniu murów placówki ostatniego szczebla edukacji latorośl bez problemu znalazła pracę, albo- jeszcze lepiej!- stała się geniuszem. Albo- to już w ogóle pożądane- odkryto w  niej niesamowity talent, by mogła wziąć udział w jakimś telewizyjnym show i stała się sławna.

I co robi taki rodzic? Zawalony wieloma niesamowicie inteligentnie brzmiącymi bredniami pseudopsychologów i pedagogów, doktorów z tiwi, daje się nabrać na te wyścig szczurów i zapisuje. Kogo? Swoje potomstwo? Gdzie? NA WSZYSTKO, NA CO SIĘ DA. Dziś zajmiemy się korepetycjami

Jak dobrze wiecie, jestem filologiem, specjalizuję się w języku angielskim. Uwierzcie mi, chętnych na korki- czy trzeba, czy nie, jest mnóstwo. Były lata, że z samych korepetycji byłam w stanie zarobić ponad tysiąc złotych, (studiując dziennie!). Mam znajomych matematyków, biologów, wuefistów, trenerów, plastyków. Co rok, we wrześniu, ci, którzy są naprawdę dobrzy w tym, co robią, nie musieli się bać o brak kasy. Telefon dzwoni na okrągło, bo "nagle" okazuje się, że dzieci właściwie to nic nie potrafią, bo pani ich nie nauczyła w szkole no i jakże to tak, przecież "on/ona MUSI BYĆ KIMŚ W PRZYSZŁOŚCI". Zatrzymajmy się na chwilę w tym miejscu i rozłóżmy kampanię wrześniową, dotyczącą zapisów dziecka na wszystkie możliwe kursy, na czynniki pierwsze.

Po pierwsze- mam wrażenie, że w tych szkołach to sami głupi/niedouczeni/bezwartościowi nauczyciele są. Taki przekaz płynie  z komunikatów nadanych w moim kierunku przez rodziców. Bo dziecko nie rozumie. Bo pani nie tłumaczy. Bo nie ma czasu na lekcjach. Bo mają nudny podręcznik. Bo za dużo dzieci w klasie i nie da rady wszystkim wytłumaczyć dobrze co i jak.

Po drugie- odnoszę kolejne wrażenie, że dla rodzica tylko to, za co (czasem słono) zapłaci, jest wartościowe. Nauka bezpłatna to nie nauka. 

Po trzecie- i w tym miejscu znów- a jakże, wrażenie- że szkoła to jakieś dziwne miejsce, gdzie właściwie to nie wiadomo, po co dzieci chodzą. No bo przecież nie po to, by się czegoś nauczyć. 


Odłóżmy jednak moje wrażenia na bok i skupmy się na faktach. 

Fakt pierwszy: 50 % polskich uczniów ma co najmniej jednego korepetytora. 
Fakt drugi:średnio na "korkach" dzieci spędzają od 2 do 4 godzin tygodniowo.
Fakt trzeci: przedmiotami, z jakich najczęściej udziela się korepetycji są matematyka i język angielski.

Co to oznacza w praktyce? Jakby zinterpretować te fakty jak najprościej, to wyłania nam się obraz szkoły jako instytucji, która nie potrafi wykształcić połowy uczniów, gdzie lekcje- ich czas tudzież ilość- są za krótkie, a matematycy i angliści są z najniższej półki. 


Ze swojego doświadczenia powiem tak- nie wiem, jak jest z matematykami, mogę się wypowiadać na temat anglistów. I niestety, ale większość rzeczywiście nie ma daru nauczania. W mojej karierze zawodowej miałam wielu uczniów, którzy nie rozumieli podstaw, a w nauce języka obcego bez tego nie ruszysz dalej. Zresztą tak jest i dzisiaj, gdy mam zajęcia z moimi żołnierzami, dziećmi, młodzieżą czy dorosłymi. Ludzie, którzy angielski mieli, ale właściwie - w przypadku dorosłych, nawet po kilkunastu[sic!] latach nauki tegoż języka, muszą zacząć od początku, bo zwyczajnie na świecie nie ogarniają, o co kaman


źródło: job- profi.pl

Zwolennicy korepetycji krzyczą, że są one tak bardzo skuteczne ze względu na indywidualne podejście do ucznia. Po części może i tak, ale nie zgadzam się z tym do końca. Z praktyki wiem, że dobry nauczyciel, słuchający uczniów, widzący ich problemy z nauką i potrafiący tłumaczyć, odpowiadać na (nawet głupie z pozoru) pytania bez zniecierpliwienia, potrafi zdziałać cuda nawet z 20 osobową grupą. Osoba nauczyciela jest tutaj niesamowicie istotna. Od momentu gdy uczę, nie raz, nie dwa, miałam przypadki, że ludzie kontaktowali się ze mną, bo ktoś mnie polecił. A pierwsze słowa na pierwszym spotkaniu brzmiały- "tylko wie pani, ja jestem chyba odporny na wiedzę, bo miałem już korki". I tu fakt potwierdza regułę, tzn. trafiali na kiepskich nauczycieli. Sam fakt ukończenia przez kogoś studiów i posiadania tytułu magistra, o niczym nie świadczy. Znam mnóstwo ludzi po studiach filologicznych, z uprawnieniami pedagogicznymi, którzy gówno potrafią, jeśli o uczenie chodzi. Uświadomcie to sobie, moi drodzy, że dzieci nie dostają gorszych ocen w szkole dlatego, ze są gorsze. Najczęściej na lekcji nie ma czasu, by porządnie im wytłumaczyć wszystko. Albo nauczyciel nie potrafi się dobrze zorganizować, by umiejętnie zajęcia przeprowadzić.

Dlaczego korki są tak popularne? Bo poza wiedzą uczeń ma okazję zdobyć coś o wiele cenniejszego- motywację i dowartościowanie jego jako człowieka. Korepetytor, dzięki indywidualnemu charakterowi zajęć, jest w stanie już po pierwszych zajęciach wymienić mocne i słabe osoby ucznia. I zapewne w swej ocenie będzie dokładniejszy niż nauczyciel przedmiotu, z jakiego korki są udzielane. Poza tym, to skupienie na osobie, a nie na programie i tempie jego przerobienia, procentuje bardzo szybko. Na korkach nie jest ważne "od- do". Ważne jest, czy uczeń pojął istotę przerabianego zagadnienia. 

Co ciekawe- korepetytor często staje się takim trochę psychologiem, powiernikiem sekretów. Wiele razy moje dzieciaki czy dorośli rozmawiali ze mną o problemach bądź też sytuacjach, o jakich nie gadali z rodziną. Wiele razy gotowało się we mnie, gdy dzieciak mówił mi, że nauczyciel go wyzywa, bo jest biedniejszy niż reszta klasy, albo ma więcej rodzeństwa, albo wolniej rozwiązuje zadania. Wiele razy też razem cieszyliśmy się z kolejnych sukcesów- dla jednych były to "trójki", dla innych "szóstki". 

Minus popularności korków- jedno z badań przeprowadzonych wśród uczniów szkoły podstawowej wykazało, że 70 % dzieci spędza na korkach ok. 11 godzin tygodniowo. Plus 27 godzin lekcyjnych daje to liczbę 38 godzin poświęconych nauce. To niemal tyle, co etat dorosłego człowieka. Cały. Mnie osobiście te liczby przerażają. Bo gdzie w tym wszystkim czas na zabawę, na wygłupy, na bycie dzieckiem? Czy naprawdę liczą się tylko "piątki" i "szóstki"? Gdzie czas na dzieciństwo, beztroskie, pozbawione cech korporacji- sorry, ale mnie osobiście to wszystko kojarzy się z korpoludkami. Sen- szkoła- korki- odrabianie lekcji- sen itd.

APEL KOREPETYTORA DO RODZICA

Mój Drogi! 
Zanim poślesz dziecko na korki, zastanów się, czy ich naprawdę potrzebuje. "Tróje"  z biologii są ok, zwłaszcza gdy Twoje dziecko tak bardzo chce być dziennikarzem. Odpuść mu czasem. Zastanów się czy nie ulegasz presji otoczenia. A może korki są modne w Twoim kręgu znajomych? Może to, czego Twoje dziecko potrzebuje to Twoja uwaga, a nie ta obcej osoby, dobrze opłacona ?

Przemyśl sprawę, czy korki nie zabierają czasu tak bardzo potrzebnego i nieodwracalnego na bycie dzieckiem. Takim normalnym, nie zawsze idealnym.

Pozdrawiam,
Mama Zła Rada

sobota, 23 lipca 2016

Paparazzi

Dzisiaj napiszę trochę o zjawisku, które momentami mnie bardzo śmieszy, a momentami przeraża. Jako aktywny użytkownik mediów społecznościowych, jak facebook i instagram, obserwuję często strony poświęcone parentingowi i edukacji. Podglądam również inne blogi rodzicielskie, niektóre są ciekawe, inne wymuszone na bycie fajnymi, inne nudne jak flaki z olejem. Jak sami pewnie wiecie, ilość zdjęć dzieci, na jakie można się na tego typu stronach natknąć, jest ogromna. Czasem jest ich tyle, że jedna z moich znajomych stwierdziła, że- cytat- "rzygam dziećmi". Sama ostatnio prawie rzygałam, jak zobaczyłam pewną mamuśkę, ale po kolei...

Pojechaliśmy sobie w zeszłą sobotę nad jezioro. Spacerowaliśmy promenadą, zaliczyliśmy molo, kierunek ustawiliśmy na plac zabaw, by Prezesowa mogła się wyszaleć. Szalała, szalała, wygłupiała się ze swoim tatą, ja natomiast oddawałam się swojemu hobby- czyli obserwacji innych ludzi. Taki ze mnie socjolog z zamiłowania. W pewnej chwili moja uwagę przykuła- na pierwszy rzut oka- standardowa rodzinka 2+1. Na drugi rzut oka widać było, że głowa rodziny, czyli tata, ma ochotę się ewakuować, tylko nie bardzo ma chyba na taki krok odwagę. Mamuśka- postawna, z cycem i tyłkiem sporawym, taka domina z postawy- latała z jednym z najnowszych modeli lustrzanek w ręku za swoją latoroślą. Na moje oko, dzieciak- rodzaju męskiego, aczkolwiek bytowanie z taką matką skutecznie go wykastruje do osiemnastki- w wieku 15 miesięcy, półtora roku maksymalnie. Trzeba przyznać, że mamuśka paparazzo była wygimnastykowana- wiła się pomiędzy szczebelkami drabinek, by trafić jak najlepsze ujęcie. Tańczyła wokół młodego, gotowa była wejść do tunelu, ale jej figura stanowiła przeszkodę. "Synku, uśmiechnij się"- młody się ślini. "Piotrusiu, puść oczko"- Piotruś bach! na glebę. "Piciu, chodź do mamusi"- Piotruś spieprza w stronę tatusia. 

Lukam na ojca. Poziom zażenowania 100, czerwony, widać, że wstydzi się takiej baby. Albo bał się coś powiedzieć albo miał stan przedzawałowy, bo otwierał usta, zamykał, łykał powietrze, aż zaczęłam się obawiać, że będzie mu trzeba RKO zrobić na szybko. Mamuśka cyka dalej. Piotruś się ślini i ucieka przed nią. A głowa rodziny chce się schować pod ziemię. Taka sytuacja.
źródło:m.mjakmama24.pl


Na instagramie często obserwuję zdjęcia, za które mam ochotę chwycić mamuśki i tatuśków je wrzucających za kudły i walnąć łepetyną o ścianę, by trybiki zatrybiły. Ostatnio widziałam malucha ok. 6-9 miesięcznego, w...zlewie kuchennym, zanurzonego po uszy w pianie, a obok pięknie i z artyzmem ułożona kompozycja z kwiatów. Co za geniusz zanurza dziecku uszy w wodzie to raz, ale kurczaki- w zlewie kuchennym?! Serio... Albo zdjęcia z porodówki. Sorry, ale nie. Po prostu nie. To jest tak mega intymny moment, że nikt nie powinien poza rodzącą i jej partnerem tego oglądać. Ja- i miliony innych osób- jesteśmy co chwila bombardowani zdjęciami maluszków z pępowiną, zakrwawionych- super reklama w ramach 500 + - a ostatnio jakiś inteligent wrzucił zdjęcie dziecka z pępowiną i łożyskiem. Ja rozumiem, że są amatorzy porodu lotosowego, ale ani to zdrowe, ani mądre, a już na pewno niefajne, by wrzucać takie zdjęcie. Jako maluch ze zdjęcia, w dorosłym życiu zaskarżyłabym takich rodziców za straty moralne, spowodowane byciem podglądanym przez miliony followersów i żyłabym jak królowa z odszkodowania. Serio, rozumiem miłość do dziecka, ale cholera jasna- nie każdy chce oglądać takie obrazki. A po drugie daj dziecku odpocząć od aparatu, bo nabawi się fobii i będzie myśleć, że jest ofiarą stalkingu. 

Póki co, idę cyknąć fotę Prezesowej. A, i zbieram już kasę, gdyby kiedyś mnie pozwała za te fotki na insta i fejsie ;)


poniedziałek, 7 marca 2016

Bo fantazja jest od tego aby bawić się na całego!


Jakie słowo kojarzy się z dziećmi i dzieciństwem? Mnie na pewno "fantazja". Jednocześnie jest to zdolność, jaką dorośli chętnie niszczą u- swoich również- dzieci. Często robią to nieświadomie. B normy, bo nie wypada poszaleć, BO CO LUDZIE POWIEDZĄ?! 

A tak na serio, nie pamiętacie już jak byliście mali i toczyliście bitwy, jeździliście na dzikich mustangach, podbijaliście nowe światy? Nawet gdy te światy były śmietnikiem i osiedlowym trzepakiem? Ja pamiętam wiatr we włosach, gdy zjeżdżałam z szaloną prędkością na moim składaku, wyobrażając sobie, że jestem wojowniczką galopującą na karym koniu w bitwie. 

Drogi dorosły czytelniku, dlaczego wstydzisz się dziecięcej skłonności do bajek? Wyobraźni, która pomaga przezwyciężać strach i nieśmiałość? Zauważcie, że często dzieci przychodzą ze szkoły czy przedszkola do domu i mówią wam, że chciały zrobić coś fajnego, a zabroniono im tego. Dlaczego? Bo jak grupa daje się łatwo kontrolować, to "nie zagraża". Czemu? Spokojowi nauczycielskiego grona. Bo jak dzieciaki zaczynają marzyć, być kreatywne, to zaczynają absorbować. A zdecydowana większość "pedagogów" nie lubi się przemęczać. Tak samo rodzice. Zmęczeni gonitwą za kasą, za nowym autem, za markowymi ciuchami i kosmetykami oraz wyjazdami do spa i zajęciami z czego-tam-co-jest-modne, zwyczajne nie chcą lub nie mają siły się angażować w pełne wyobraźni życie własnych dzieci. Dlatego chcą, by dzieciaki siedziały w swoich pokojach i tam "grzecznie siedziały". Co to znaczy? Hmm, chyba "cicho" i "nie absorbując mojej cennej uwagi". Jeju, serio? A ta dziecięca fantazja jest taka fajna. Widzę ją i doceniam każdego dnia u mojej córki, która stroi się przed lustrem, strojąc miny. Albo udaje kucharkę i "gotuje". Polecam każdemu zmęczonemu jako antidotum na stres i smutki dnia codziennego. A teraz włączcie yotube i ten oto klasyk, który znajdziecie w linku poniżej, bierzcie dzieciaki za ręce i szalejcie ile wlezie! 


środa, 24 lutego 2016

Sześciolatki do przedszkola- czyli o zmianach w ustawie o obowiązku przedszkolnym

Obowiązek szkolny dla siedmiolatków – to kluczowa zmiana w przyjętej niedawno nowelizacji ustawy o systemie oświaty.

Najważniejsze zmiany dotyczą:

-->obowiązku szkolnego od siódmego roku życia,
--?prawa do rozpoczęcia edukacji szkolnej od szóstego roku życia,
-->obowiązku przedszkolnego dla dziecka 6–letniego,
-->prawa dziecka w wieku od 3 do 5 roku życia do korzystania z wychowania przedszkolnego,
-->wzmocnienia roli kuratora oświaty.

Obowiązek szkolny dla dzieci 7–letnich i prawo do edukacji szkolnej dla 6-latków

Zgodnie z ustawą, od roku szkolnego 2016/2017 obowiązkiem szkolnym będą objęte dzieci od 7 roku życia. Dziecko 6-letnie będzie miało prawo do rozpoczęcia nauki w pierwszej klasie szkoły podstawowej o ile korzystało z wychowania przedszkolnego w roku szkolnym poprzedzającym rok szkolny, w którym ma rozpocząć naukę w szkole. Jeśli dziecko 6–letnie nie uczęszczało do przedszkola, rodzice również będą mogli zapisać je do pierwszej klasy. W takim przypadku niezbędna jednak będzie opinia z poradni psychologiczno – pedagogicznej o możliwości rozpoczęcia nauki w szkole podstawowej.

Ponowne zapisanie dziecka do klasy I lub II

Rodzice, których dzieci poszły do szkoły jako sześciolatki i natrafiły na problemy adaptacyjne i trudności w szkole, wnosili o wprowadzenie rozwiązań, które złagodziłyby proces wcześniejszego objęcia ich dzieci obowiązkiem szkolnym. Dlatego wprowadzono w ustawie przepisy przejściowe odnoszące się do roku szkolnego 2015/2016 oraz 2016/2017.

– Dzieci urodzone w 2009 r., które są już w szkole w roku szkolnym 2015/2016, będą mogły na wniosek rodziców – kontynuować naukę w pierwszej klasie szkoły podstawowej w roku szkolnym 2016/2017. Rodzic musi złożyć stosowny wniosek do dyrektora szkoły do 31 marca 2016 r. Dziecko nie będzie podlegało klasyfikacji rocznej, a tym samym promowaniu do klasy drugiej; jeżeli rodzice zdecydują, że ich dziecko będzie kontynuować naukę w klasie pierwszej w szkole, do której uczęszcza, wobec tego dziecka nie będzie przeprowadzane postępowanie rekrutacyjne.

– Dzieci urodzone w I połowie 2008 r., które w roku szkolnym 2015/2016 chodzą do klasy II szkoły podstawowej, na wniosek rodziców, złożony do 31 marca 2016 r., będą mogły – w roku szkolnym 2016/2017 kontynuować naukę w klasie II.

Uczniowie ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi

Dzieciom, które mają orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego będzie można odroczyć obowiązek szkolny, jednak nie dłużej niż do końca roku szkolnego w tym roku kalendarzowym, w którym dziecko kończy 9 lat. W tym przypadku dziecko będzie kontynuowało przygotowanie przedszkolne.

Wychowanie przedszkolne

Od 1 września 2016 r. obowiązkiem przedszkolnym będą objęte dzieci 6-letnie. Natomiast wszystkie dzieci 4- i 5-letnie mają mieć zapewnione miejsce realizacji wychowania przedszkolnego, a od 1 września 2017 r., także dzieci 3-letnie.

Zgodnie z ustawą, przekształcenie oddziałów przedszkolnych w szkołach podstawowych w przedszkola zostanie przesunięte z 1 września 2016 r. na 1 września 2019 r. Umożliwi to organom prowadzącym lepsze przygotowanie się do przekształcenia oddziałów przedszkolnych w przedszkola. Decyzje dotyczące ewentualnej likwidacji oddziałów przedszkolnych będą mogły być poprzedzone wnikliwą analizą potrzeb w zakresie wychowania przedszkolnego, uwzględniającą tendencje demograficzne po wdrożeniu wprowadzanych rozwiązań prorodzinnych.

źródło: demotywatory.pl

Wybór kuratora oświaty

Kurator oświaty będzie powoływany i odwoływany przez ministra edukacji w drodze konkursu ogłoszonego przez wojewodę. Na wniosek kuratora oświaty i po zasięgnięciu opinii wojewody, minister edukacji będzie powoływał i odwoływał wicekuratorów oświaty.

Wzmocnienie roli kuratora oświaty

Przywrócona została kontrola kuratorów oświaty nad działaniami samorządów w kształtowaniu sieci szkół i przedszkoli. Ustalenie przez radę gminy sieci publicznych przedszkoli, oddziałów przedszkolnych w szkołach podstawowych i innych form wychowania przedszkolnego będzie możliwe po uzyskaniu pozytywnej opinii kuratora oświaty. Także decyzja o likwidacji lub przekształceniu przedszkola, szkoły lub placówki prowadzonej przez samorząd będzie zależała od uzyskania pozytywnej opinii organu sprawującego nadzór pedagogiczny.

Co z trzylatkami?

Rzecznik Praw Dziecka jest zaniepokojony sytuacją dzieci w wieku 3 lat, które będą ubiegać się o miejsce w przedszkolu w trakcie tegorocznego postępowania rekrutacyjnego. 

"Nasuwają się pytania: czy zmiany te nie spowodują negatywnych konsekwencji w zakresie zapewnienia najmłodszym dostępu do edukacji przedszkolnej, czy obowiązek zapewnienia sześciolatkom edukacji przedszkolnej nie spowoduje zmniejszenia miejsc dla trzylatków w przedszkolach, czy skutkiem zmian w nie będzie pogłębienie nierówności w dostępie do edukacji przedszkolnej dzieci najmłodszych?" - pyta Rzecznik Praw Dziecka w liście skierowanym do szefowej resortu edukacji. 

Michalak podkreśla, że wiek przedszkolny jest szczególnie ważnym okresem w rozwoju dziecka i powinien być nieodłącznie związany z edukacją przedszkolną - jako czynnikiem harmonijnego rozwoju dziecka, w obszarze fizycznym, poznawczym, społecznym i emocjonalnym. "Edukacja przedszkolna powinna być zatem rozumiana i traktowana - również w polityce oświatowej państwa i samorządu terytorialnego - jako prawo przysługujące każdemu dziecku" - pisze rzecznik. 

Przypomina również , że znowelizowane w 2009 r. przepisy ustawy o systemie oświaty przełożyły się na wzrost wskaźnika upowszechnienia wychowania przedszkolnego w kolejnych latach szkolnych. Z danych pochodzących z Systemu Informacji Oświatowej wynika, że w roku szkolnym 2011/2012 ok. 61 proc. dzieci w wieku 3 i 4 lata było objętych edukacją przedszkolną, natomiast w roku szkolnym 2014/2015 - ok. 71,5 proc. 

Nadal jednak - jak podkreśla Michalak - niezadowalający jest dostęp dzieci trzyletnich do przedszkola oraz fakt występowania dysproporcji w zależności od miejsca zamieszkania. Z danych za rok szkolny 2014/2015 wynika, że w mieście ok. 75,4 proc. trzylatków było objętych edukacją przedszkolną, a na wsi tylko 48 proc. Rzecznik Praw Dziecka prosi szefową MEN o analizę tego problemu oraz poinformowanie o działaniach resortu edukacji w tym zakresie.  MEN ma 30 dni, by odpowiedzieć na pismo rzecznika.

Co z tym fantem zrobi?  Czy znów zamydli wszystkim oczy? Czy znów ustawa okaże się bublem prawnym? Czy znów rodzice będą musieli zastanowić się co zrobić z dziećmi, bo zabraknie miejsc dla 3- latków? Niedługo zapewne sami się dowiemy.

czwartek, 7 stycznia 2016

Od przedszkolaka do szkolniaka- jak dbać o skórę dziecka zimą? część 1.

Chłodny wiatr, mróz, sztuczne ciepło centralnego ogrzewania i klimatyzacja – oto czynniki, które mają negatywny wpływ na funkcjonowanie skóry zimą. Dlatego w tym okresie powinno się ją otoczyć szczególną troską.
W pierwszej części posta zajmiemy się OZPDZ.
Ogólne Zasady Pielęgnacji Dziecka Zimą.
Wrażliwa skóra malucha nie przepada za dużymi skokami temperatur.Kiedy wychodzimy z ciepłego mieszkania na siarczysty mróz pierzchnie, zaczerwienia się i piecze. Dlatego należy jej się płaszcz ochronny w postaci odpowiedniego kremu. Zimą wybierajmy preparaty natłuszczające, nie nawilżające. Jedynie tłusty krem ochroni cienką skórę dziecka przed działaniem mrozu i zimnego wiatru. Ważne jest to, aby wsmarować preparat w buzię dziecka kilkanaście minut przed wyjściem z domu. Dzięki temu kosmetyk będzie miał czas na to, aby się wchłonąć. Należy również pamiętać o wybieraniu specyfików przeznaczonych wyłącznie dla dzieci, zawierających filtr przeciwsłoneczny.
Odpowiednia ochrona należy się również wargom maluszka.  Przez wyjściem na spacer można je posmarować wazeliną lub miodem, który posiada wiele zalet – nawilża, regeneruje, wygładza spierzchniętą skórę. Pamiętajmy jednak, że miód jest częstym alergenem i można go stosować tylko wówczas, gdy mamy pewność, że dziecko nie jest na niego uczulone!!! 
Wbrew powszechnym opiniom temperatura w mieszkaniu w czasie zimy nie powinna być wysoka, a wręcz przeciwnie. Im cieplej w domu, tym łatwiej o wysuszenie śluzówki nosa i gardła.  Aby odporność malucha była najlepsza, warto zadbać o właściwą temperaturę i wilgotność w mieszkaniu. Optymalna temperatura dla niemowlaka to 19-22 stopnie. Wilgotność w mieszkaniu nie powinna natomiast spadać poniżej 40%. W związku z tym warto zainwestować w dobry nawilżacz powietrza.

źródło: babyonline.pl

A może wykąpać malucha nie używając wanienki?


Pamiętaj, że w pomieszczeniu, w którym kąpiesz malucha powinno być ok. 25-27 stopni Celsjusza. Jeżeli jest chłodniej, bo nawaliło ogrzewanie, zabrakło drewna albo zwyczajnie- jesteś w podróży i brzydzisz się łazienki w której masz wykąpać dziecko- może czas na kąpiel "na sucho"? 
Jak to się robi? Łatwizna! Oto instruktaż kąpania malucha na sucho:

1. Znajdź dziecko. Jeżeli już chodzi pewnie pobiegło do kuchni szukać ciastek w puszce. Jeżeli nie chodzi być może jest w łóżeczku :D

2. Połóż dziecko na przewijaku, rozbierz, przykryj ręcznikiem. Kolejność odwrotna jest raczej bez sensu ;)

3. Zwilżonym w wodzie wacikiem przetrzyj buźkę, szyję, fałdy w podbródku i za uszami. Jeżeli dziecko ma bardzo wrażliwą skórę, użyj chusteczek nawilżanych.

4. W ten sam sposób umyj brzuszek i klatkę piersiową. Jeżeli masz Niunia malunia z kikutem pępka, uważaj bardzo czyszcząc tę okolicę. Nie używaj spirytusu, ten przyda się na nalewkę w sam raz na zimowe wieczory! A tak poważnie- do pielęgnacji pępka i w ogóle wszystkiego, co zranione, z ropą, rozcięte itd. jest octenisept. 

5. Wymyj dziecku nóżki i rączki.

6. Na koniec umyj pupę i genitalia. Jeju, to słowo jest straszne. Kojarzy się z wredną siostrą pigułą, która na Twoje dzień dobry pyta "a stolec był?". Umyj dziecku cipkę- jeśli jest dziewczynką- bardzo delikatnie, bez niepotrzebnego pocierania a chłopcu siusiaka. 

W ten sposób możesz też "umyć" malucha np. przed wizytą lekarską. 
















środa, 14 października 2015

Mama- nauczycielka. Czy lepiej nauczy swoje dziecko życia?

Witajcie, Drodzy,

dzisiaj naszło mnie na posta związanego z dzisiejszą datą. Obchodzimy Dzień Edukacji Narodowej, często nazywany inaczej Dniem Nauczyciela. Postanowiłam więc napisać, czy mama będąca nauczycielką jest lepszą mamą? Czy lepiej rozumie dziecko? Czy lepiej potrafi wprowadzić je w świat? Czy potrafi nauczyć je, jak żyć?

A czy mama- lekarz lepiej wyleczy swoje dziecko? Nie. Czy mama- kucharka lepiej nakarmi swoje dziecko? Nie. Czy mama- psycholog lepiej rozumie swoje dziecko? Nie.

Jak to jest być mamą- nauczycielką? Trudno. Bo wiele osób myśli, że nauczyciel to ktoś, kto pracuje 10 miesięcy, ma wolne płatne wakacje, co chwila dostaje prezenty, a jego praca polega na piciu kawy przerywanym wydawaniem poleceń posłusznych dzieci. Błąd. Nauczyciel to nie zawód. To misja. Albo to czujesz i jesteś w tym dobry, albo nici z tego. Ewentualnie sobie wegetujesz, pasując do obrazu przedstawionego powyżej. Nauczyciel, który jest mamą, ma podwójnie ciężko. Wyobraź sobie, że spędzasz tak jak ja osiem godzin dziennie,z  grupą dzieci o różnych temperamentach, zachowaniach, nastrojach. Że dużo mówisz, przekazujesz swoje myśli, pocieszasz, łagodzisz spory, uczysz. Wracasz po tym czasie do domu i masz swojego małego człowieka, którego też pocieszasz, przytulasz, przekazujesz mu swoje myśli, łagodzisz ból, wytrzymujesz próby, na jakie Cię wystawia. Chciałabyś chwilę odpocząć, ale jest Twoje dziecko, które dla Ciebie jest Twoim małym-wielkim światem. Jakby nie patrzeć- wciąż pełnisz swoją misję. Przecież nie możesz traktować własnego dziecka gorzej niż swoich uczniów. A przecież często pracujesz jeszcze w domu. Szukasz inspiracji na zajęcia, czytasz materiały, piszesz różne dokumenty.


Jeśli kochasz swoją pracę- ze wszystkimi jej minusami, to powiedzmy szczerze- nie wiesz, co to wieczór z książką- haha- stoją na półce i czekają w kolejce na nie-wiadomo-kiedy. Paznokcie malujesz wieczorem, gdy maluch śpi. Albo i nie malujesz bo jesteś tak zmęczona, ze zasypiasz, usypiając swoje dziecko- jak ja ostatnimi czasy. Po pracy jesz obiad- masz szczęście, jeśli- jak ja- masz męża, który ten obiad przygotuje. Zabierasz dziecko na spacer- chcesz, by się dotleniło. Ty też tego potrzebujesz. Wracasz, jest godzina 18.30. Bawisz się chwilę z maluchem, kapiesz go, dajesz jeść i kładziesz spać. I masz wyrzuty sumienia, że są momenty, gdy z własnym dzieckiem spędzasz mniej czasu niż ze swoimi uczniami. I wiesz, że mimo, iż jesteś mistrzynią organizacji- przecież to oczywiste, że nią jesteś, pełniąc tyle ról każdego dnia- nie wyczarujesz tych chwil więcej. Dlatego wiesz, że dasz swojemu dziecku jak najwięcej. Że każda chwila razem będzie jak najlepsza. Nawet kosztem Twoich zainteresowań czy odpoczynku. Hej, chwila- przecież w hobby możesz zaangażować dziecko, a odpocząć też dasz radę z nim. A że czasem masz awersję do ludzi, ludziowstręt, innymi słowy? Mnie przechodzi, jak mój Zosiek się uśmiecha. Niech świat się wali. Byle byśmy my się dobrze bawiły w swoim towarzystwie.

Prawda jest taka, że nie zawód sprawia, jaką jesteś mamą. Możesz być najlepszym nauczycielem i najgorszą matką. To Ty sama masz na to wpływ. Powodzenia.

sobota, 26 września 2015

Żłobek, babcia czy niania: co wybrać?

 Niania = wygoda

PLUSY Opiekunka zwykle zajmuje się dzieckiem w jego domu, więc nie tracisz czasu na dowożenie pociechy, co i dla malucha bywa męczące. Jesteś też bardziej dyspozycyjna w pracy, bo w razie lekkiej choroby malca nie musisz od razu brać zwolnienia.

MINUSY Problemem mogą być natomiast wysokie koszty (miesięcznie nawet 1500 złotych) oraz słabe kwalifikacje niani – np. złe podejście do dziecka, które ciężko jest sprawdzić.

źródło:pikabee.pl


Żłobek= socjalizacja i pewność 

PLUSY Dzieckiem zajmuje się fachowy personel: opiekunki, pielęgniarka, psycholog. Maluch otrzymuje też wartościowe posiłki, ma zapewniony kontakt z rówieśnikami i może przebierać w zabawkach. Również koszty tego rozwiązania są przystępniejsze (miesięcznie od 100 do 300 zł, żłobki prywatne nawet 800 zł miesięcznie).

MINUSY Dziecko będzie częściej chorować, zarażając się od innych dzieci. A opiekunka, która w żłobku odpowiada za kilkoro malców, nie poświęci mu całej swojej uwagi.
źródło: sosrodzice.pl


Babcia= darmowa pomoc i miłość

PLUSY Dzieckiem zajmie się osoba, która je kocha. Nie musicie więc zastanawiać się, czy dziecko polubi daną osobę, czy ich relacje będą pozbawione agresji. Babcia to także domowe jedzenie, wiecie więc, co Wasza pociecha je, jak często i że zjada to co lubi najbardziej. No i raczej mało która babcia pobiera jakiekolwiek pieniądze za opiekę nad wnuczkami.

MINUSY Babcia oznacza często rozpuszczanie Malucha poprzez pozwalanie mu na zachowania, na jakie nie zgadzają się rodzice. Znam przypadki z mojej pracy, ze babcie na przekór- bo nie lubiły jednego z rodziców postępowały z dzieckiem odwrotnie niż dany rodzic. A to rodziło kłótnie między małżonkami o sposób sprawowania opieki nad ich dzieckiem. Jeśli niekoniecznie dogadujecie się z babciami- odpuśćcie sobie tę opcję.

źródło:tematy.edziecko.pl



Kiedy należy zachować szczególną czujność?

Gdy pociechę będzie doglądać niania - uważnie obserwuj zachowanie kandydatki podczas wstępnej rozmowy. Ważne np., by sama próbowała nawiązać ze szkrabem kontakt, nie sprawiała wrażenia osoby nerwowej czy mrukliwej.

Gdy zdecydowałaś się na żłobek - nim poślesz do niego dziecko, wcześniej zrób wywiad wśród znajomych matek i odwiedź kilka placówek, by wybrać tę najlepszą, idź na dni adaptacyjne, obserwuj zachowanie opiekunek i zasady funkcjonowanie placówki.

Gdy wybraliście babcię- ustalcie zasady opieki nad dzieckiem, np. częstotliwość podawania słodyczy i w jakich okolicznościach dziecko ma je dostawać. Chodzi o to, by Wasze relacje nie uległy pogorszeniu ze względu na różne podejścia do wychowania dzieci.

Rada pedagoga:
Pedagodzy pytani o to, która forma opieki nad najmłodszymi dziećmi jest lepsza, zgodnie twierdzą, że to zależy od wielu czynników. Indywidualne predyspozycje dziecka, jego temperament, dotychczasowy rozwój, doświadczenia, kondycja zdrowotna, sposób przeżywania emocji- to wszystko ma ogromne i decydujące znaczenie. Dzieci młodsze, często chorujące, płaczliwe, drażliwe lepiej odnajdą się pod opieki niani lub babci. Fakt, że ktoś poświęca im całą swoją uwagę i daje im poczucie bezpieczeństwa sprawia, że maluch lepiej znosi rozłąkę z mamą.

Na koniec- fragment filmu Niania w Nowym Jorku. Z przymrużeniem oka:

https://www.youtube.com/watch?v=v7rbYAYwymQ

wtorek, 8 września 2015

Trudne słowo- zespół Downa

Zespół Downa to przede wszystkim odmienność biologiczna człowieka, którego natura wyposażyła w dodatkową informację genetyczną chromosomu 21. To ona właśnie modyfikuje rozwój i kształtuje cechy wyróżniające daną osobę pośród innych ludzi. Pierwszy na odmienny wygląd niektórych dzieci z upośledzeniem umysłowym zwrócił uwagę pod koniec XIX wieku (w 1866 r.) angielski lekarz John Langdon Down. Od jego nazwiska pochodzi nazwa tego zespołu.
Jakie są cechy zewnętrzne pozwalające rozpoznać zespół Downa?


Niektórzy nazywają je stygmatami. Cechy zewnętrzne najlepiej widoczne są na twarzy.

Należą do nich:
- skośnie w górę ustawione szpary powiekowe,
- zmarszczka nakątna,
- gwiaździście, regularnie ułożone jasne plamki na tęczówce oka,
- krótki grzbiet nosa,
- nisko położone,
- małe, hypoplastyczne małżowiny uszu,
- zwężony przewód słuchowy zewnętrzny i inne.

Można dodać krótkie dłonie i stopy, poprzeczny przebieg linii głównej na dłoniach, duży odstęp pomiędzy paluchem i drugim palcem obustronnie u stóp czy obecność tzw. bruzdy sandałowej na podeszwach.
Cech tych jest znacznie więcej, ale nie u wszystkich musi każda wystąpić. Zestaw co najmniej 10 cech jest wskazówką, aby wykonać badanie kariotypu i poradzić się lekarza, najlepiej genetyka klinicznego, w sprawie diagnozy. Ktoś policzył, że może być ich około 300. U każdego liczba, rodzaj cech i ich zestaw mogą być inne.
Natomiast pojedyncze wymienione cechy są obserwowane także u osób bez dodatkowego chromosomu 21. i nie są czymś szczególnym.

Korygowanie i wspomaganie dzieci z zespołem Downa
Edukacja i  wsparcie  są  ważnymi  elementami   działań które umożliwiają dzieciom z zespołem Downa funkcjonowanie w grupie rówieśniczej . Edukacja bowiem otwiera drzwi do samodzielnego poznania świata, co daje niezwykłą satysfakcję, pozwala na bycie wśród innych – rówieśników i dorosłych, kształtuje proces socjalizacji oraz wspomaga rozwój pobudza do różnego rodzaju aktywności.
źródło:kobieta.onet.pl

Problemy, jakie przeżywa dziecko z zespołem Downa wiązać się mogą ze:
- zwolnionym rozwojem motorycznym.
- mniejszymi  umiejętnościami  w dziedzinie samoobsługi
-niemożnością sprawnego komunikowania się za pomocą mowy werbalnej.

-upośledzeniem umysłowym o różnych stopniach, nie ma tutaj reguły

- mniejszym  zakresem  uwagi
-słabą  pamięcią- dziecko zapamiętuje w sposób nieselektywny, co oznacza, że wiele faktów zapełniających pamięć jest nieistotnych, a brakuje miejsca na sprawy ważne.
 - trudnością „z operowaniem więcej niż jednym wymiarem na raz.”
- problemami  z zastosowaniem umiejętności w nowych sytuacjach

A. Korygowanie zachowań dzieci z zespołem Downa
Korygowanie trudności   wynikających z zaburzenia wymaga wytrwałości, konsekwencji i systematycznych ćwiczeń.  Możliwości rozwojowe dziecka  są uzależnione od wysiłku rodziców, opiekunów, nauczycieli i specjalistów, którzy mogą sprawić, że świat staje się dla niego bardziej zrozumiały i przyjazny. Pomoc udzielana dziecku  jest pełniejsza i szerszej otwiera drzwi do rzeczywistości, gdy odbywa się w ramach świadomej integracji Charakterystyczne dla wieku przedszkolnego, są u dzieci z zespołem Downa takie zachowania, jak upór i nieustępliwość. W działaniach należy   korygować niepożądane zachowania i wielokrotnie wpajać właściwe wzorce, aby zostały one utrwalone.” Ważna jest również ścisła współpraca z domem rodzinnym dziecka, gdyż tylko wtedy istnieją realne szanse rozwojowe. Pobyt w grupie integracyjnej dla niejednego dziecka z zespołem Downa jest twardą szkołą życia, jednak większości udaje się samodzielnie poradzić sobie z wieloma sytuacjami.
źródło: pudelek.pl

B. Wspomaganie  dziecka zespołem Downa
Programy wspierające i korygujące pracę dziecka z powyższym zaburzeniem opierać się głównie będą na orzeczeniach z poradni PP oraz na indywidualnej analizie przypadku .Każde dziecko jest inne i ma indywidualne potrzeby oraz umiejętności przyswajania wiedzy. Dlatego należy tworzyc IPT  w oparciu o indywidualizacje działań .
Cele edukacyjno – terapeutyczne
-usprawnianie motoryki małej i dużej
-usprawnianie aparatu mowy(w indywidualnych przypadkach praca nad alternatywnymi formami komunikacji)
-usprawnianie koncentracji uwagi i pamięci
-rozwijanie logicznego myślenia
-usprawnianie czynności samoobsługowych
-wdrażanie do przestrzegania ogólnie obowiązujących norm i zasad
- nauka umiejętności przebywania w grupie oraz opanowania umiejętności wspólnej zabawy
 i pracy;
- kształtowanie umiejętności naśladownictwa ruchowego oraz werbalnego;
 - wzbudzanie zainteresowania otoczeniem;
- kształtowanie orientacji w schemacie ciała oraz przestrzeni;
- rozwój funkcji poznawczych;
 - zmniejszanie i redukowanie zachowań utrudniających naukę;
 - generalizowanie i utrzymywanie efektów uczenia się;
 - odkrycie i rozwijanie indywidualnych możliwości i uzdolnień;
 - wypracowanie gotowości do nauki szkolnej.

Rodzaje terapii, jakie można zastosować we wspomaganiu dziecka z zespołem Downa
- metoda opcji,
 - integracja sensoryczna,
 - terapia behawioralna,
 - trening umiejętności społecznych,
- ruch rozwijający Weroniki Sherborne,
- arteterapia,
 - muzykoterapia,
 - EEG-biofeedback.
-program Knill
-Metoda Dobrego Startu
-Terapia Taktylna
-Terapia Bazalna
-Masaże C.Moralesa
-Masaże  wg Masgutowej
-Trening Johansena

-Dogoterapia