Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dawanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dawanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 marca 2018

Zluzuj majty, siostro!

Siemaneczko wszystkim wiernym Czytelnikom mojego bloga, również tym nowym. Zanim przejdziecie dalej, zdradzę Wam, efektem czego jest ten dzisiejszy post.

Otóż, najzwyczajniej w świecie, ja, Mama Zła Rada, jestem wkurwiona.
Dlaczego? odpowiedź na to pytanie znajdziecie w dalszej części tekstu. 



Wielkimi krokami zbliża się Międzynarodowy- [sic!] Dzień Kobiet. 8 marca już za chwilę, a z tej okazji w mam tylko jedno życzenie jakie kieruję do wszystkich kobiet na świecie. 

Wspierajcie inne kobiety. 


Tylko tego jednego życzę sobie i wam wszystkim, drogie panie. Nie zdrowia. Nie pieniędzy. Nie wszystkiego najlepszego. Życzę wam wsparcia innych kobiet we wszystkim co robicie. 

Powiem tak- uważam, że kobiety mają tendencję do zamieniania się w krwiożercze bestie, jeśli chodzi o ich interakcje z innymi kobietami. Obserwując przedstawicielki naszej płci mam wrażenie, że budzicie się z myślą, "X. zjem na śniadanie, a przed obiadem zagryzę sobie Z.". Przykłady? Bez liku. Kobiety tyrają się na wszelkiej możliwej płaszczyźnie, od fizyczności, przez szantaże psychologiczne, na pseudoprzyjaźniach kończąc. Oceniamy inne kobiety, osądzamy je, robimy swoiste rankingi popularności i fajności. Zazdrościmy cholera wie czego, i tak naprawdę uważamy inne babki za wroga. 

Tyrada fizyczna. Powszechnie wiadomo, że dzisiejsze media kreują obraz albo napompowanej botoksem suczki, która łasi się u stóp swojego pana, albo wylaszczonej, wiecznie uśmiechniętej matki- heroski, co to 4 dzieciaków ogarnie, chałupę lepiej niż Rozenek wysprząta, i jeszcze piwko otworzy zapalniczką dla chłopa. I ten obraz siedzi w głowie przeciętnej kobiety. I ona się zastanawia, czy na pewno wszystko z nią w porządku, bo od chodzenia na fitness tylko prania przepoconych ciuchów przybyło, a poza utratą resztek pewności siebie nic więcej nie ubyło. I chodzi to dziewczę na ten fitness/ cross fit/ biega z ekipą co tydzień w parku/ tudzież chodzi na to co akurat modne. Tylko czy ona to właściwie lubi? Nawet nie wie co lubi i czy w ogóle sport lubi, tylko, że jej koleżanki lubią i to jest trendy. I wrzucają na insta te focie z szatni, szatnia obskurna, niczym z PRLu albo wypasiona na maksa jak z jakiegoś katalogu sprzętu sportowego. I one tam są , wszystkie, niektóre codziennie i nawet czasem na dwie godziny zostają. A ona biedna nawet step toucha nie potrafi porządnie wykonać, żeby nogi jej się nie plątały, o podniesieniu sztangi z 3 kilogramami nie wspominając. I czuje, że z tym potem wypływa reszta jej osoby. Ale w sumie ciuchy na fitness fajne, focie zrobione, lajków na insta i fejsie przybędzie, co tam koleżanki, które rzucają w jej stronę uwagami typu" Musisz rzucić gluten/ laktozę/ samą wodę z cytryną pić, zobaczysz będziesz taka wylaszczona, że szczęki z podłogi wszystkie chłopy będą zbierać za tobą ". I ona rzuca ten gluten, laktozę, cukier, rzuca wszystko a co tam, i piję te litry wody z cytryną, choć nienawidzi cytryn, ale przecież to wszystko w słusznej sprawie. I jej ubywa, a jakże o tego rzucania, koleżanki patrzą z  uznaniem, jaka modna się stała, jak trendy. Taka fajna w końcu. Tylko czemu ona fajna się wcale nie czuje?


A te szalone instamatki, co to nie tylko robotę zawodową ogarniają, ale i dzieciaki, i domy, że katalog z ikei to biedna podróbka wspaniałego świata. Bo przecież one wiedzą najlepiej jak taki idealny świat stworzyć. Idealne ciasta, idealne porn food, aż człowiek ślinotoku dostaje jak przegląda te profile wszystkie. I patrzy taka jak ja albo Ty i zastanawia się, co by tu jeszcze zrobić , żeby ten poziom osiągnąć. Jakie one są fajne, te wszystkie kobiety, które są takie multizadaniowe, że nie potrzebują jakże modnego teraz planera! Bo one mają to w głowie, wszystko. Każde codzienne zadania do wykonania niczym idealna maszyna. Są jak Perfekcyjna Pani Domu poziom mistrzowski, którego ja ani Ty chyba nie osiągniemy. Master level w pracy, w domu, w seksie. Jakie one są perfekcyjne. Patrzysz na te kobiety na te niunie i wiesz co ja myślę o nich? To anioły śmierci. Tak, anioły śmierci mózgowej. Perfekcjonizm nigdy nie jest dobry. Perfekcjonizm doprowadza do frustracji, nie do osiągnięcia stanu nirwany i puszczania bąków pachnących fiołkami. A to co na zewnątrz? Obejrzyjcie sobie to przemówienie dla TED talks, jakie wygłasza modelka i zastanówcie się chwilkę czy to co na zewnątrz jest aby na pewno tak ważne, że stawiacie to na pierwszym miejscu. 


https://www.youtube.com/watch?v=KM4Xe6Dlp0Y&list=PLKHkb13CdsGHhioVkmpb4B9dQi9hAiEFl&index=2



Najgorsze, że poza wymienionymi przykładami, które - pewnie widziałyście to oczami wyobraźni- dotyczą kobiet od nastolatek po dorosłość, jest jeszcze wojna, jaką kobiety toczą z własnymi córkami. Tak, nie mamy litości dla dziewczynek. Wiecie, jaka jest najczęstsza postawa w wychowaniu przeciętnej polskiej dziewczynki ? Tylko nie przynieś wstydu, bo co ludzie pomyślą.
Znam tak wiele historii, gdzie fajne dziewczynki były psute przez matki, tresowane przez nie, byle być spełniać ich wyobrażenia o idealnej kobiecie. Dziewczynkom mówi się przecież: nie skacz, nie biegaj, skrzyżuj nogi, nie graj w piłkę, damie nie wypada, nie siedź tak, nie stój tak, nie jedz tak, nie tańcz, nie podskakuj, nie umiesz śpiewać, nie , nie nie....
Żyjemy niby w XXI wieku, a mentalnie daleko daleko gdzieś w historii. Niby kobiety stanowią większość absolwentów szkół wyższych, niby coraz częściej zajmują wysokie stanowiska w firmach. A wciąż tresują swoje córki, swoje wnuczki, swoje podwładne, swoje koleżanki. Do cholery jasnej, czemu to nam i sobie robicie, głupie cipy? Inaczej nie umiem już tego nazwać. 

Czemu jesteśmy dla siebie takie wredne i to już od pierwszych dni życia? Czemu tak mało jest odważnych kobiet, które żyją skromniej, nie są "medialne", ale są zadowolone z życia, mimo iż na obiad zjadły jajecznicę a nie fit sałatkę? Czemu bierzemy przykład z tych , którym wmówiono, jak żyć? Czemu wmawiamy sobie wszystko, od rozmiaru idealnego cycka i pośladka po zawód, jaki mamy wykonywać?

Usiądź na chwilę. Ty, Ty i jeszcze Ty. Usiądźmy wszystkie. Niech obiad wykipi, niech rodzina się pozabija, koszule będą pogniecione.  Serio chcesz żyć tak, jak Ci wmówiła Twoja stara? Jak Ci każe reklama w tv/ instagram/ facebook/ kolorowe magazyny ? 

Pomyśl chwilę, jaka jesteś. Tak naprawdę. Czy tak jak ja, jesteś odważna, pyskata , czasem kapryśna i apodyktyczna? A może jesteś spokojna, uczynna, ale bywasz wredna ?

TAKA JESTEŚ. Więc ZLUZUJ MAJTY, SIOSTRO!
Zacznij żyć i daj żyć innym kobietom. Wspieraj babki, wspieraj swoje córki, wnuczki, sąsiadki, rodaczki, kobiety z całego świata. Pomóż samotnej matce, bezdomnej, chorej, starszej pani, która nie ma siły robić zakupów, a mieszka piętro wyżej. Nie bądź jędzą. Siła jest kobietą, jak głosi akcja magazynu "PANI". Bądź silna więc, a nie słaba słabościami tego gównianego świata. Tą siłą możesz uczynić go lepszym. Zapomnij o cellulicie, o odrostach, o oczekiwaniach Twojej starej i teściowej. Pomyśl o innych dobrze. Daj żyć. I zacznij marzyć. Jak małe dziewczynki, co chcą być jak księżniczki Disneya.






poniedziałek, 26 grudnia 2016

PMS, czyli Post Matki Subiektywnej

Witam wszystkich.


Ostatni dzień świąt, żyjecie? Czy umieracie z przejedzenia? My żyjemy, nie umieramy, bo się nie przejedliśmy. Odpoczęliśmy, pospaliśmy, a jutro wracamy do pracy naszej codziennej. Dzisiaj, między jednym deszczem, a drugim, udało mi się zrobić marszobieg 5 kilometrowy z moim dzieckiem, śpiącym w wózku. Od razu się lepiej myśli :)

Mamy jeszcze trochę czasu do sylwestra i wszystkich tych noworocznych bzdur, typu obiecanki- cacanki ( a i tak nic z tego nie wyjdzie, bo Polacy tak mają, że wiele obiecują, a potem gówno robią). I naszło mnie, że nikt nie pisze o Ciemnej Stronie Mocy świąt. Wszyscy tylko, ze jest fajnie, że magia, że światełka, pierniki, bitwy o karpie ( biedne ryby) i gonitwa za prezentami. A ja tymczasem, napiszę Wam, jak ta magia świąt wygląda z perspektywy Matki- Polki wkurwionej.


"Oho, już się drą. Jezu, ledwo człowiek myśli odzyska po nocy, ledwo ok otworzy. "Mamooooo!". I czego drzesz japę? Od darcia szybciej podejdę? "Gdzie schowałaś majtki/skarpetki/ moje spodnie*" (niepotrzebne skreślić). U sąsiadki. Tak, u sąsiadki w dupie. "Mamooo, siku!" No to zdejmij majtki i sikaj, dziecko, przecież potrafisz. "Kochanieeee!". Oho, a ten co z tym kochaniem. Przypomniało mu się, że nie jestem tylko chodzącą kucharko-sprzątaczko-kierowcą? Że poza cyckiem do macania co środę i piątek wieczorem i cipką, gdzie czasem się zagłębia, jestem istotą romantyczną? "Zrobiłaś mi może kanapki?". Aha, a więc jednak o kucharkę chodzi. Tak, zrobiłam. I naplułam do środka, żebyś na jad żmii się uodparniał. Kochanie. Zawsze mówisz, że ci tak smakują te moje kanapki. No, to to jest magiczny środek. "Mamoooo! Ja nie chcę tych butów, chcę różowe". To se kup drugą parę. Jak ufajdolisz pierwszą, będziesz mieć drugą. 

Uff, poszli. Spokój. Wzięłam zaległy urlop. I tak kadrowa kazała. Przecież nikt za niewykorzystany nie zapłaci. Jaka cisza. Dobra, czas się wziąć do roboty. Po trzech godzinach mycia okien (po co mi był dom, mogłam mieć mieszkanie i nie musieć myć tyle szkła!), godzinie odkurzania i kolejnej mycia podłóg, kieruję swe kroki do kuchni. 
Żarcie. Przygotować, ugotować, schować. Włączę radio. Co, znowu to badziewie. A kogo obchodzi, co ty chcesz na święta, Mariah? Po trzech latach każdy staje się gruby i wredny. I już mu tak nie staje jak kiedyś. Haha. Oho, kolejny. Mery krystmas ewryłan. Shakin, nie wiem, co ćpasz, ale masz dobry towar. Daj trochę. Ja na pewno nie życzę mery krystmas ewryłan. Nie tej flądrze, co przychodzi do pracy wystrojona jakby co dzień miała randkę z innym, a swojej roboty nie robi, tylko zwala na kolegów. Nie temu nadętemu bufonowi księgowemu, który, jak ktoś nie nosi markowych butów i koszul, to z nim w socjalnym nie rozmawia. A już na pewno nie tej krowie, mojej szwagierce, która zawsze wie wszystko lepiej.
Jak wychować dziecko. "Och, my nie mamy takich problemów z Pawełkiem. Zawsze się słucha mamusi, plimpasek". Jasne, dlatego będzie sam do końca życia, bo żadna dziewczyna nie będzie chiała takiego maminsynka- plimpaska. 
Jak upiec sernik. "Och, powinnaś dodać więcej tego i owego. Mnie nigdy sernik nie opada".  Mnie by opadło wszystko, gdybym była facetem i musiała z tobą mieszkać. Chociaż, znając ją, pewnie jak robić loda też wie lepiej. 

Oho, barszcz za słony. Kurde, co robić? Co robić? O cholera, grzybowa kipi. I jeszcze będzie narzekanie teściowej. Dlaczego nie ma karpia. Dlaczego? Bo nie będę mordować bezbronnego zwierzaka, by tradycji stało się zadość! Przywykłam, że co roku matka mojego męża ubolewa, że wziął sobie taka "lewicową feministkę, co to nie chce walnąć bydlaka w łeb i po krzyku. Jakaś wielkomiastowa. Karpia żeby na wigilię nie było? Zgroza. Nie martw się synku, i tak do nieba nie pójdzie za te poglądy polityczne i sposób ubierania. Żeby takie krótkie spódnice nosić?" . Przywykłam. 

Jeju. Jako, że część żarcia i tak się przypaliła, a część wykipiała, postanawiam zrobić kawę. Otwieram ulubiony miesięcznik. "Po co czytasz ten szmatławiec? Tylko miesza ci w głowie tymi durnymi tekstami o psychologii." słyszę moją matkę. Bo lubię do cholery, lubię ten magazyn. Patrzę na dział o podróżach. Piękne zdjęcia...Szwajcaria zimą. Chciałabym tam być teraz. Sama, bez nich wszystkich, Wiedzących lepiej. Krzyczących, co mam robić. Pamiętających o mnie tylko jak mają do mnie biznes. Chciałabym być sobą taką chwilę i poczuć, że święta mają sens. A nie, znów otrzymać wstrętny sweter. Srebrną biżuterię od niego. Jak ja nienawidzę srebra...Patrzeć na przekarmione czekoladą dziecko. I słyszeć te pierdy i bekania reszty zacnej rodzinki. Jak ja was, kurwa, nienawidzę. Jak nienawidzę tych pieprzonych, naszpikowanych komercją i przepitych koka kolą i wódą trzech dni.Tych żałosnych wesołych. Tego sztucznego nawzajem. Nie-na-kurwa-widzę."


Uff. Jakie ja mam szczęście, że to nie moje życie. Mam nadzieję, że również nie Wasze. I że jednak ten czas był choć troszkę fajny. 
Pozdro, 

MZR

sobota, 17 grudnia 2016

Wracam z przytupem (inaczej zwariuję)

Witam, witam, wszystkich wiernych i nowych Czytelników MZR.

 Brakowało mi pisania, brakowało mi wiadomości od Was, brakowało mi radości z twórczości. Nie będę się wybielać, że dużo pracy (prawda), że dużo obowiązków (prawda), że zero czasu dla siebie w ostatnich 2 miesiącach (oj, prawda). Nie będę, bo to tak naprawdę zwykłe pierdolenie o szopenie rozżalonej mamuśki by było. A ja przecież...Nie jestem rozżaloną mamuśką. 

Faktem jest, że zaniedbałam bloga straszliwie, a potem się wkurzałam na siebie. A to, że wszystkie tematy już poruszono na blogach parentingowych. A ja nie lubię tego, co powtarzalne. A to, że inne mamy chyba w totka wygrały, że mają taki zadziabisty pr i piękne zdjęcia, grafikę pod ich blog robioną. A ja ani fotografem, ani grafikiem nie jestem. Mało tego, nie mam zbyt wile czasu, by się tego nauczyć. Bo przecież wszystkiego można się nauczyć, a ja mam szczęście należeć do tej grupy osób, które nieważne, co to, ale uczą się szybko i chętnie. 

Jak sami widzicie, z tymi wszystkimi zagwozdkami, nie było daleko do marudzenia i typowo polskiego narzekania. Na szczęście, nie jestem taką osobą. Ci co mnie znają, wiedzą, że bliżej mi do wojownika, który obmyśli strategię jak zrobić, by było więcej niż dobrze. No więc myślałam, czasem przez to myślenie później zasypiałam, ale w końcu wymyśliłam. 

Najlepsze co mogę zrobić, by Mama Zła Rada znów działała jak należy, to pisać o tym, o czym sama chcę czytać. Nie interesują mnie posty z tzw. dupy czyli kochani, założyłam się z mężem, że jak zbiorę pod tym postem 5000 lajków, to mam wolną sobotę i jadę do SPA a on zajmuje się dziećmi. Żenada w ogóle wstawić takiego posta. Po pierwsze, jakiego masz chujowego męża, że musisz się z nim zakładać o takie rzeczy? Czyli że co, na co dzień nie zajmuje się dziećmi? Po drugie, to takie trochę dupczenie lajkami. A to już trąci kurestwem internetowym. 

Aha, jak sami widzicie, język mój też nie należy do najłagodniejszych. Ale takie jest życie- brutal and zasadzkas i czasami kopas w dupas. Życie - zwłaszcza rodzica- to nie reklama mleka w proszku, gdzie bogata mama siedzi w wielkim pięknym domu, zadbana, z czystym dzieckiem, radośnie pijącym sztuczne mleko z trendowej butelki. Nie, życie to nie cukierkowy świat wymyślony przez speców od marketingu. 

Dlatego u Mamy Złej Rady nie znajdziecie słitaśnych postów jak to uszytki zrobiliśmy albo jakie krzywe łańcuchy nam wyszły. Nie, nie. Nie będę marnować internetu na takie gówna. 

źródło:keep-calm-o-matic.com


Przeczytacie na pewno o sprawach, które zajmują każdego rodzica. Bez lukru. Z ironią. Ale bez kitu, jaki wciskają Wam na temat rodzicielstwa blogerzy, jakich mogę nazwać co najwyżej bubblegum bloggers. Dlaczego tak? Bubblegum to angielski termin na gumę do żucia - jako symbol w kulturze masowej produkt ten występuje najczęściej jako słodki i różowy. Mnie jest bliżej do gorzkiej czekolady z nutą chilli. 

Umiem liczyć, więc liczę na siebie. I liczę, że wróciłam na dobre. Następny post o tym, co mnie wkurwia we współczesnych rodzicach - pisany z punktu widzenia pedagoga pracującego z dziećmi i młodzieżą, jakim jestem. A psują dzieci na potęgę a potem się dziwią, że mają z nimi problem. 

Pozdro,

MZR

piątek, 18 listopada 2016

Coraz bliżej święta, czyli prezentów czas!

Do najbliższego Bożego Narodzenia zostało dokładnie 38 dni. W telewizorni lecą już reklamy wszystkiego- co- musisz-kupić- bliskim-inaczej-będą-nieszczęśliwi. Coraz więcej z nas daje się nabrać na czarującą oprawę, dobry marketing i wmawianie nam, czego KONIECZNIE! potrzebujemy. A że święta to czas dawania (i brania) prezentów, stajemy się ofiarami biznesu. 

Każdy rodzic chce, żeby prezenty, jakie jego dziecko znajdzie pod choinką, były wyjątkowe, modne, jedyne w swoim rodzaju. Ogląda te reklamy i zaczyna wierzyć, że dopiero klocki za 300 zł albo lalka, która sika i robi kupę za 250 zł, wywołają uśmiech an twarzy jego dziecka. Według różnych portali finansowych, przeciętny Polak wydaje na święta od 800 do 1500 zł. Wow. Ależ jesteśmy lekkomyślni. Serio wierzycie, że kupa prezentów "odkupi" czas stracony? Naprawdę uważacie, że wasze dzieci MUSZĄ mieć te wszystkie gadżety, najnowsze smartfony, ajfony, ajpady, lego i inne barbie? 

A może jesteście po prostu leniwi, mało kreatywni? Może nie chce wam się zmienić przyzwyczajeń i zamiast wydawać kupę hajsu na niepotrzebne [sic!] bajery, wykupicie wyjazd w góry? Albo pojedziecie do lasu na spacer w śniegu? Albo skoczycie z dziećmi na lodowisko? Zrobicie razem szopkę i figurki z gipsu (albo drewna, patyczków, czego tam chcecie)?Nauczycie dziecko śpiewać kolędy. Polskie albo ich odpowiedniki w językach obcych, jeśli znacie inne niż ten ojczysty. 

Zmieńcie coś, zachęcam do tego. Zamiast kupnych gotowych prezentów podarujcie sobie coś naprawdę bezcennego: czas. Nie bądźcie jak reszta społeczeństwa. Nie musicie podążać za tłumem. Podobno żyjemy w czasach pochwały indywidualizmu. Ale chyba jest to indywidualizm na pokaz, bo ja na ulicach widzę kopie trendów. Mało kto zabierze dziecko do muzeum, na wycieczkę, do kina, do teatru, do lasu, nad morze, kiedy ma parę dni wolnego. Bo łatwiej pójść do galerii handlowej, wybrać modny prezent, taki, o jakim piszą bardzo-mądrzy-redaktorzy w magazynach lajfstajlowych i portalach opiniotwórczych. 

źródło: giphy.com


Ja nie kupię w tym roku mojej córce prezentu. Mało tego! Mężowi też. I sama nie chcę. Dziękuję, ale nie. Zamiast tego upieczemy razem pierniczki, a potem spędzimy te święta najlepiej jak możemy, pijąc gorące kakao przy choince, fajnych lampkach, jakie już mamy, przytulając się i ciesząc, że możemy być razem. Bo damy sobie najcenniejsze, co możemy: razem spędzony czas. Bez pośpiechu, nerwów, pełen uśmiechów, buziaków i radości. 

Może wy też potraktujecie adwent w tym roku jako czas refleksji, by jednak nie dać się skroić na prezentach?

pozdro, 

MZR

poniedziałek, 7 listopada 2016

Mama współcześniada

Jak to jest być matką współcześnie? 

Masz kilka opcji kobieto. Jedna to taka, że jesteś wash and go, dwa w jednym. Praca i dom. Ty- kobieta, Ty- matka. Albo raczej Ty- pracownik, Ty matka. Bo na kobietę czasu już nie starcza. Wszelkie chwile poświęcone sobie , czyli Tobie, droga mamo, Ty albo osoby z Twojego otoczenia piętnujecie. Ty dokonujesz samobiczowania, no bo jakże to tak, wyjść do ludzi? Iść do fryzjera Na basen? Na fitness? Jakże to tak, zostawić dziecko pod czyjąś opieką- a już nie daj Boże, ojca (Twojego dziecka).  Jakże to tak?! Trwonić pieniądze na błahostki typu włos czy paznokcie. Albo- o nie, nie- karnet do siłowni. Nowy ciuch? Jakim prawem! Kawa z koleżanką?! No way! Jak śmiesz wychodzić z domu, jak śmiesz wyjść i tracić te rzadkie chwile z Twoim największym skarbem, Twoim dzieckiem? Jak?! 

Znasz to, co? Ten wstrętny, obrzydliwy cichy głos w Twojej głowie. Najpierw szepcze,a potem grzmi. Nie wolno. Jesteś złą matką. Nie umiesz zarządzać czasem. Nie umiesz kochać swojego dziecka. Nie kochasz go, tak właściwie. Kochasz siebie, ty wstrętna egoistko. Ty wyrodna matko. Powinnaś być prawdziwą Matką- Polką. Dom, rodzina, dzieci. Tu nie ma miejsca na jakieś feministyczne widzimisię. Masz męża, masz dzieci, a sio, do garów! A sio, do sprzątania. Za miotłę i polecieć to ty sobie możesz, od drzwi do klamki! Jakim prawem w ogóle myślisz o sobie? Hę? 


Opcja dwa: matka Polka niepracująca. Nie masz pracy, bo poświęciłaś się dzieciom. Wybrałaś tak sama albo - częściej życie Cię zmusiło. Bo w Twoim mieście kiepsko z pracą. Bo masz chorowite dziecko i nikt nie dałby Ci przyzwolenia na siedzenie w domu na L4. A może jesteś w gronie tych kobiet, których partner zarabia na tyle dużo, ze możesz sobie pozwolić na zostanie z dziećmi i ich odchowanie? Nieważne. Ważne jest to, ze społeczeństwo, w jakim żyjesz, uważa Cię za bezproduktywną. Mało tego! Według ogółu jesteś leniem śmierdzącym, a właściwie pachnącym, bo tylko leżysz i pachniesz. No bo co to za zajęcie- być z dziećmi i je wychowywać? No kaman, przecież to nie robota, to luksus! Pewnie jesteś mało ambitna i żerujesz na swojej drugiej połowie, a on, biedny przodownk pracy, wypruwa sobie żyły, żebyś Ty potem mogła trwonić ciężko zarobione przez niego pieniądze w rosmanie czy innej seforze. Taka z Ciebie utrzymanka. Ty pasożycie tego narodu!

Opcja trzy:jesteś zamożną kobietą, stać Cię na nianię dla dziecka gdy Ty musisz być na spotkaniu biznesowym albo w delegacji. A może jesteś artystką i potrzebujesz niani, gdy masz próby w teatrze, malujesz albo prowadzisz zajęcia z tańca? Nieważne. Jesteś egocentryczką zakochaną w sobie i spełniającą tylko swoje marzenia. Oddawać dziecko pod opiekę obcym! Jakim prawem! Pewnie marszy o chwilach tylko dla siebie, na spełnianie swoich narcystycznych zachcianek. Pewnie pracujesz dużo, bo nauczyłaś się żyć na "poziomie" i gdzie dla Ciebie życie zwyczajne, takie plebsowe. A fe! Ty musisz przecież mieć to co luksusowe, najlepsze, z najwyższej półki. Dziecko w sumie nie wiadomo po co masz, pewnie dla kaprysu, jako dodatek. 


Wiecie co? Przejebane jest być matką dziś. Matki każdy rozlicza. Partnerzy, rodzice, dziadkowie, społeczeństwo, sąsiadki, kolorowe pisemka, internet. Nic nam nie wolno. Wszystko trzeba. Jesteśmy jak wrzód na dupie społeczeństwa. Niepotrzebne, niewygodne. Nie jesteśmy nawet ludźmi w oczach niektórych, bo nie powinnyśmy mieć prawa do bycia po prostu kobietami. W ogóle najlepiej byłoby nam zakneblować pyski, ustawić w szeregu i wydawać rozkazy. Jako armia takich niby- zombie byłybyśmy idealnymi żołnierzami- reproduktorkami. Rodzić- wychowywać. Dom i praca. Zarabiaj i sprzątaj. A, sorry, jeszcze wyglądaj seksownie. Bądź jak dziwka i zakonnica w jednym. Jesteś zmęczona? Buahaha, czym?! Znacie to , prawda, koleżanki- mamy? To wam wmawia cały świat. Nie wolno nam zaznać szczęścia- takiego prostego, z drobnych rzeczy. Jak np. kawa z kawiarni, albo paznokcie zrobione przez manikiurzystke. To szczęście jest niebezpieczne. Bo ono może nas ogłupić, sprawić, że będziemy chciały więcej. A to już niedaleka droga do matczynej emancypacji i buntu na pokładzie.



A przecież... szczęśliwa kobieta to szczęśliwa matka, co daje nam...no właśnie, szczęśliwe dziecko. Taki zestaw naczyń połączonych . Ale nie chodziło się na fizykę, co?

Pozdro 600, 

bardzo wredna i wyrodna, spełniająca swoje marzenia Mama Zła Rada

piątek, 23 września 2016

Karciany as

Napiszę dzisiaj o narzędziu niezwykle cennym, by wolny czas, jaki możemy poświęcić dziecku, został spędzony nie tylko fajnie, ale i owocnie pod względem edukacyjnym. 

Uwielbiam karty. Ale nie takie zwykłe, do znanych gier, z asami, królami itd. Uwielbiam karty obrazkowe, z podpisami. Z racji tego, że jestem anglistą, w naszym domu znajdziecie wiele kart do nauki języka angielskiego. Ostatnio zakupiłam trzy zestawy dla dzieci w wieku powyżej dwóch lat., wydane przez wydawnictwo Kapitan Nauka. Zakres tematyczny: zestaw 1- warzywa i owoce, zestaw 2- zwierzęta, zestaw 3- podstawowe słowa. Każdego z nich można używać osobno, ale my lubimy zrobić odlotowy misz- masz. Nasza i Zosi ulubiona zabawa polega na rozsypaniu wszystkich kart na dywanie tak, by wszystkie obrazki były dobrze widoczne. Następnie wymawiamy słowo, jakiego szukamy. My robimy to w języku polskim, nie mam bowiem ciśnienia na perfekcyjne opanowanie języka angielskiego przez moje dziecko już teraz. Rewelacyjne jest to, że Zośka tak fajnie ogarnia poznawczo słowa, o które pytamy, że margines błędu wynosi mniej niż 5 %. 

Co ćwiczymy dzięki takiej zabawie? Po pierwsze- Zosia jest dzieckiem, które chętnie się uczy, a jak widzi efekty, jest z siebie bardzo zadowolona i odważnie podejmuje próby znalezienia słowa- bądź też, precyzując- powiązania słowa z obrazkiem na karcie. Po drugie- dziecko ćwiczy w ten sposób pamięć. Wzrokową, ale i poznawczą w kontekście obraz- słowo. Po trzecie- jest z tego fajna zabawa dla całej naszej rodziny. Bo przecież serce rośnie i raduje się, jak widzimy, ze nasza dwulatka tak wspaniale łączy słowa, będące przecież abstrakcją, z obrazkiem- czyli graficzną realizacją abstrakcji

Jakie są inne warianty tej gry? My na przykład wykorzystujemy karty ze zwierzakami i pokazując je córce, pytamy: "Jak robi piesek?"- pokazując kartę z psem, naśladując przy tym odgłosy wydawane przez to zwierzę (szczekanie). Taki zabieg, tzn. wykorzystanie onomatopei, czyli dźwiękonaśladownictwa, również rozwija dziecko poznawcza na zasadzie- łączę obraz- grafikę- z dźwiękiem, jaki się z tą grafiką kojarzy i jest powszechnie uznawany za uniwersalny dla danego słowa. Mówiąc naukowo- stereotypizujemy poniekąd pojęcia, dzięki połączeniu ich wyobrażeniu graficznemu z dźwiękiem, jaki wydaje- w naszym przypadku- dane zwierzę. 

Można oczywiście- z dziećmi starszymi, bawić się w grę- układanie zwierząt według kategorii. Na przykład- układamy w jednej kolumnie zwierzaki posiadające ogony, w innej latające itd. Czyli mówiąc krótko- uczymy dziecko kategoryzacji. To samo można zrobić z kartami z owocami i warzywami, np. układamy te czerwone, zielone, albo osobno warzywa a osobno owoce. Wersji zabawy możecie wymyślić wiele. 

Polecam Wam również karty obrazkowe dla starszych dzieci. Jest ich wiele rodzajów, niektóre mają formę quizów. My mamy karty dotyczące sportu, ciała ludzkiego, zwierząt no i oczywiście języka angielskiego dla różnych grup wiekowych. Polecam Wam je serdecznie jako sposób an fajne spędzenie popołudnia z dzieckiem, zwłaszcza takiego, gdy pada deszcz. Świetna rozrywka, dużo możliwości no i co najważniejsze- mim zdaniem- możecie pokazać dziecku, że dobra zabawa to  nie tylko internetowe rozrywki.

Pozdrawiam, 
MZR


sobota, 30 stycznia 2016

Być grzecznym dlaczego (nie)warto?



Hejka wszystkim!

Miałam ostatnio wraz z mą familią burzliwy czas, pełen zwrotów akcji takich, ze Monty Python przy tym wysiada. Ale nadeszła ta chwila, gdy mogę zasiąść przed komputerem i napisać posta na specjalne życzenie Moniki, dzięki Monia za wszystkie ciepłe słowa! Monika poprosiła o napisanie o marzeniach, zgubnych nadziejach, przeciwnościach losu. A także o moim zawodzie, czyli byciu pedagogiem :D Mówisz, masz, bejbe!

Dzisiejszy post zacznę od pytania:






I- jak najbardziej- pytanie to jest adekwatne do tematyki. Bo te wszystkie marzenia, zgubne nadzieje, przeciwności losu to konsekwencja tego, że staramy się być grzeczni. Wszyscy- Ty, ja i miliony innych. Chcemy- nawet nieświadomie- jakoś dopasować się do szablonu bycia dorosłym. Kończy się kopem w tyłek od losu. Sam to znasz, co nie? Nadzieje, wielkie plany, głowa w chmurach i bach!- zderzenie z glebą. Witamy w świecie. 

Podam Wam taki przykład. Swój przykład. Otóż ciocia Paulina starała się też być grzeczną dziewczynką i złapała pracę na tak zwanym etacie. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie buntownicza natura cioci Pauliny i to, że jej poczucie godności jest wyjątkowo głośne. Dlatego- nie zagłębiając się w szczegóły- odeszła z tak zwanej ciepłej posadki- bo przecież wszyscy mówią, że jak pracujesz u kogoś  na umowie o pracę to szczyt marzeń. Życie jednak weryfikuje te uniwersalizmy a że każdy z nas jest inny, to tak naprawdę rzadko kto wpasuje się w te uniwersalne schematy. 

Tak właśnie Twoje wyobrażenia o fajnym dorosłym życiu lądują gdzieś między kartonem z ozdobami świątecznymi a zakurzonymi butami. Co można zrobić by tego uniknąć? Nie bądź grzeczny! 
Słuchaj siebie. Nie rób nic sprzecznego z własnym sumieniem. Szanuj innych. Nie wykonuj ślepo czyichś poleceń, a już na pewno nie pod presją i w poczuciu strachu.
 Kochaj życie. Masz je jedno. Nikt go za Ciebie nie przeżyje.
 Nie idź drogą setek. Idź swoją. Może krętą, trudniejszą, ale Twoją. Może to truizmy, ale sprawdziły się w moim przypadku wiele razy. Z każdym rokiem utwierdzam się w tym, że nasza siła i dobre życie biorą się ze spełniania marzeń, ale swoich. Nie rodziców. Nie partnera. Nie dzieci. Swoich. I tę siłę wzmacnia życie w zgodzie z sobą samym. Tak, że możesz spojrzeć na siebie w lustrze i się nie wstydzić tego, kogo w nim widzisz. Nie musisz mieć doskonałego ciała, fryzury czy ubrań. Ale jeśli widzisz dobrego człowieka, mającego dość odwagi by być sobą w tym durnym, goniącym za absurdalnymi wartościami światem, to gratulacje. Oby tak dalej. Nie daj się wkręcić w pęd, o którym trafnie rapował Sokół " zajmujemy się zarabianiem zamiast życiem czy ja też już się w ten absurd wpierdoliłem?" Sorry, guys za wulgaryzm, ale to kawał dobrej muzy. I jakże prawdziwej...

Podsumowując: Mama Zła Rada prosi, nie-wymaga- Nie bądźcie grzeczni! Nie dajcie się szufladkować! Bądźcie sobą! Tak bardzo nieidealnymi według wymagań tego świata, aż pięknie! Buntujcie się wobec niesprawiedliwości! Spełniajcie marzenia! Nie krzywdźcie nikogo- wiem, niepopularne, gdy nawet tzw.idole mówią, że doszli po trupach do celu. Dlatego drogi Czytelniku! Nie miej idoli! Nie słuchaj nikogo prócz własnego sumienia, ono naprawdę jest mądre.

Pozdro,
niegrzeczna Mama Zła Rada.

P.S. Dajcie dzieciakom być niegrzecznymi. Zobaczycie z radością, dokąd to was wszystkich zaprowadzi! Słowo ;) A w międzyczasie posłuchajcie sobie optymistycznego kawałka, jaki mnie ostatnio w duszy gra.



 https://www.youtube.com/watch?v=5y1XREE1-LE

środa, 14 października 2015

Mama- nauczycielka. Czy lepiej nauczy swoje dziecko życia?

Witajcie, Drodzy,

dzisiaj naszło mnie na posta związanego z dzisiejszą datą. Obchodzimy Dzień Edukacji Narodowej, często nazywany inaczej Dniem Nauczyciela. Postanowiłam więc napisać, czy mama będąca nauczycielką jest lepszą mamą? Czy lepiej rozumie dziecko? Czy lepiej potrafi wprowadzić je w świat? Czy potrafi nauczyć je, jak żyć?

A czy mama- lekarz lepiej wyleczy swoje dziecko? Nie. Czy mama- kucharka lepiej nakarmi swoje dziecko? Nie. Czy mama- psycholog lepiej rozumie swoje dziecko? Nie.

Jak to jest być mamą- nauczycielką? Trudno. Bo wiele osób myśli, że nauczyciel to ktoś, kto pracuje 10 miesięcy, ma wolne płatne wakacje, co chwila dostaje prezenty, a jego praca polega na piciu kawy przerywanym wydawaniem poleceń posłusznych dzieci. Błąd. Nauczyciel to nie zawód. To misja. Albo to czujesz i jesteś w tym dobry, albo nici z tego. Ewentualnie sobie wegetujesz, pasując do obrazu przedstawionego powyżej. Nauczyciel, który jest mamą, ma podwójnie ciężko. Wyobraź sobie, że spędzasz tak jak ja osiem godzin dziennie,z  grupą dzieci o różnych temperamentach, zachowaniach, nastrojach. Że dużo mówisz, przekazujesz swoje myśli, pocieszasz, łagodzisz spory, uczysz. Wracasz po tym czasie do domu i masz swojego małego człowieka, którego też pocieszasz, przytulasz, przekazujesz mu swoje myśli, łagodzisz ból, wytrzymujesz próby, na jakie Cię wystawia. Chciałabyś chwilę odpocząć, ale jest Twoje dziecko, które dla Ciebie jest Twoim małym-wielkim światem. Jakby nie patrzeć- wciąż pełnisz swoją misję. Przecież nie możesz traktować własnego dziecka gorzej niż swoich uczniów. A przecież często pracujesz jeszcze w domu. Szukasz inspiracji na zajęcia, czytasz materiały, piszesz różne dokumenty.


Jeśli kochasz swoją pracę- ze wszystkimi jej minusami, to powiedzmy szczerze- nie wiesz, co to wieczór z książką- haha- stoją na półce i czekają w kolejce na nie-wiadomo-kiedy. Paznokcie malujesz wieczorem, gdy maluch śpi. Albo i nie malujesz bo jesteś tak zmęczona, ze zasypiasz, usypiając swoje dziecko- jak ja ostatnimi czasy. Po pracy jesz obiad- masz szczęście, jeśli- jak ja- masz męża, który ten obiad przygotuje. Zabierasz dziecko na spacer- chcesz, by się dotleniło. Ty też tego potrzebujesz. Wracasz, jest godzina 18.30. Bawisz się chwilę z maluchem, kapiesz go, dajesz jeść i kładziesz spać. I masz wyrzuty sumienia, że są momenty, gdy z własnym dzieckiem spędzasz mniej czasu niż ze swoimi uczniami. I wiesz, że mimo, iż jesteś mistrzynią organizacji- przecież to oczywiste, że nią jesteś, pełniąc tyle ról każdego dnia- nie wyczarujesz tych chwil więcej. Dlatego wiesz, że dasz swojemu dziecku jak najwięcej. Że każda chwila razem będzie jak najlepsza. Nawet kosztem Twoich zainteresowań czy odpoczynku. Hej, chwila- przecież w hobby możesz zaangażować dziecko, a odpocząć też dasz radę z nim. A że czasem masz awersję do ludzi, ludziowstręt, innymi słowy? Mnie przechodzi, jak mój Zosiek się uśmiecha. Niech świat się wali. Byle byśmy my się dobrze bawiły w swoim towarzystwie.

Prawda jest taka, że nie zawód sprawia, jaką jesteś mamą. Możesz być najlepszym nauczycielem i najgorszą matką. To Ty sama masz na to wpływ. Powodzenia.

niedziela, 6 września 2015

Trudne słowo- afazja


Afazja to sytuacja, w jakiej osoba chora, która dotychczas nie miała żadnych problemów z funkcjami językowymi – ma trudności z mówieniem lub rozumieniem mowy, ma również problemy z pisaniem i czytaniem. Objawy polegające tylko na trudnościach z pisaniem lub czytaniem, bez zaburzeń mowy jako takiej, traktowane są osobno, jako aleksja (bądź dysleksja nabyta) i agrafia (lub dysgrafia nabyta).

Pojęcie afazji nie dotyczy żadnej konkretnej choroby, opisuje pewną grupę objawów wywołanych uszkodzeniem mózgu, którego przyczyny mogą być różne. Afazja powstaje w wyniku uszkodzenia ośrodkowego układu nerwowego bez względu na czynnik, który je wywołuje. Najczęściej uszkodzenie powstaje w wyniku urazu czaszkowo-mózgowego, udaru mózgu, procesu ekspansywnego, bądź procesu neurodegeneracyjnego prowadzącego do otępienia, tak więc afazja jest często kojarzona z tymi właśnie chorobami. Jest objawem ogniskowym, a więc jednoznacznie potwierdza zaburzenie neurologiczne i teoretycznie pozwala na wnioskowanie o lokalizacji uszkodzenia w mózgu. Współcześnie wiemy, że zaburzenia mowy nie powstają tylko po zniszczeniu tzw. "ośrodków mowy" – tkanki nerwowej w określonej części kory mózgu na powierzchni lewej półkuli. Afazja może powstać także w wyniku uszkodzenia prawej półkuli, struktur podkorowych i wzgórza, jak i włókien nerwowych łączących "ośrodki mowy" z innymi okolicami kory mózgu, bądź ze strukturami podkorowymi i wzgórzem.

źródło: terapiamowy.com

Korygowanie i wspomaganie dzieci z afazją.
Ważnym jest, aby dobrze rozpoznać i zróżnicować opóźnienie w rozwoju mowy od afazji dziecięcej, gdyż postawienie błędnej diagnozy może mieć bardzo złe skutki dla dziecka, a w przypadku afazji wcześnie rozpoczęta terapia neurologopedyczna i wczesna interwencja mogą dać dobre efekty i znacznie pomóc zarówno dziecku jak i jego rodzicom.
A. Korygowanie. Terapia dziecka polega na stymulacji rozwoju mowy, likwidacji towarzyszących zaburzeń mowy. Terapia ta musi być kompleksowa z udziałem innych specjalistów, przedszkola, szkoły oraz rodziców. W trakcie procesu terapeutycznego zmierza się do takiego stymulowania mowy, by jak najszybciej umożliwić dziecku porozumiewanie się i by mogło prawidłowo rozwijać się pod względem intelektualnym.

Należy pamiętać, że każde dziecko stanowi odrębny przypadek, do którego należy dostosować indywidualny program terapeutyczny i indywidualne ćwiczenia.
Stymulacja i terapia mowy dziecka z niedokształceniem mowy pochodzenia korowego w wieku przedszkolnym jest procesem żmudnym i długotrwałym, który powinien przebiegać w zgodzie z ogólnymi zasadami naturalnego nabywania języka:
• przyswajanie nazw na tle sytuacyjnym;
• wyróżnianie (przez gest, intonację) nazw w wypowiedzi;
• pobudzanie do powtarzania;
• wielokrotne utrwalanie wypowiedzi;
• rozmowa jako podstawowa metoda ćwiczeń.
B. Wielokierunkowe wspomaganie dziecka z afazją obejmuje:
1. Stymulowanie rozwoju mowy. Powinno ono przebiegać zgodnie z naturalnymi okresami kształtowania się mowy dziecka, czyli w trakcie dialogu, który powinien być podstawą do ćwiczeń. Ćwiczenia powinny być przeprowadzane w formie zabawowej lub zadaniowej, w sytuacjach życia codziennego. Należy odczytywać intencje dziecka, a w myśl "mowy macierzystej" podpowiadać słowa lub zwroty. Używać słownictwa i konstrukcji gramatycznych na miarę możliwości dziecka. Rozumienie mowy zaczynamy od naśladowania gestów, ruchów narządów artykulacyjnych, usłyszanych dźwięków
2. Wskazane jest stosowanie ćwiczeń ogólnorozwojowych w celu wyrównania, korygowania, kompensowania i dynamizowania wszelkich dysharmonii rozwojowych w zakresie:
- koncentracji uwagi;
- pamięci ruchowej, wzrokowej i słuchowej;
- sprawności motorycznej (dużej, małej oraz oralnej);
- percepcji wzrokowej, słuchowej oraz koordynacji wzrokowo-słuchowo-ruchowej;
- myślenia przyczynowo-skutkowego, symbolicznego.
3. Wspomaganie rozwoju emocjonalno-społecznego. Zaspokajanie podstawowych potrzeb, począwszy od potrzeby porozumiewania się i aktywności poznawczej, przez potrzebę bezpieczeństwa, kontaktu emocjonalnego, akceptacji, uznania, osiągnięcia sukcesu. Ważne jest nawiązanie kontaktu z dzieckiem podczas terapii, motywowanie do kontaktów interpersonalnych.

4. Współpracę z rodziną i najbliższym otoczeniem.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Rodzicem blisko być- najważniejsze zasady tej filozofii wychowani

 Naturalna więź wymaga podtrzymywania kontaktu cielesnego. Rozumienie potrzeb dziecka oraz zaspokajanie ich wzmacnia poczucie bezpieczeństwa. Przywiązanie wytwarza się już od momentu przygotowań do ciąży i jest wzmacniane w ciągu dalszego życia. Według Attachment Parenting International jest osiem zasad, które wspierają powstanie bezpiecznej więzi dziecka z opiekunem:

1. Równowaga w życiu osobistym 

Zasady te mają być wskazówką do nawiązania autentycznej bliskości rodzica z dzieckiem. Nie wystarczy tylko dać jeść, ubrać, kupić kolejną zabawkę czy zapisać na kolejne zajęcia dodatkowe, bliskość rodzica potrzebna jest dziecku dla dobrego rozwoju. Rodzicielstwo bliskości zakłada, że dzięki temu dziecko ma szansę wyrosnąć na otwartego, wrażliwego, inteligentnego i pewnego siebie człowieka.


2. Obecność rodzica- najważniejszą potrzebą dziecka do zaspokojenia

Dziecko potrzebuje bliskości już od chwili narodzin, dlatego tak ważną rolę przypisuje się kontaktowi skóra do skóry matki i noworodka. Wiele mam martwi się, że na skutek komplikacji porodowych, w tym konieczności cesarskiego cięcia, mają utrudniony pierwszy kontakt z noworodkiem. Trzeba jednak pamiętać, że więź kształtuje się przez całe życie i na pewno uda się nadrobić stracone początkowe chwile w szpitalu. Co więcej- jeśli tata Malucha uczestniczy od pierwszych chwil jego życia aktywnie przy noworodku- ciesz się, tym, kobieto! Obecność obojga rodziców jest kluczowa dla dziecka, bo ono potrzebuje was obojga. 

 3. Chcę pić mleko mamy, wtedy będę wielki

Karmienie piersią to niesamowicie przyjemne uczucie bliskości. Nie jest to tylko zaspokajanie głodu dziecka-to kontakt najczulszy z możliwych. Co ważne- karmienie butelką nie przekreśla tej intymności pod warunkiem, że maleństwo również odczuje matczyne ciepło, wpatrywanie się w oczy oraz tak ważne przytulenie.

4. Uwielbiam być noszony na rękach

Maleństwa bardzo lubią być noszone. Noszenie uspokaja, wypełnia potrzebę kontaktu fizycznego i pobudza ciekawość. Błędne jest przekonanie, że noszenie rozpieszcza. Noworodek i niemowlę bardzo potrzebuje bliskości daje mu ona tak ważne poczucie bezpieczeństwa. Dzięki temu jest spokojniejszy, lepiej oddycha, nabiera także zaufania do rodziców, którzy swoim dotykiem dają mu poczucie bezpieczeństwa.

źródło: mamanka.pl

5. Z rodzicami śpi się lepiej

Filozofia rodzicielstwa bliskości zaleca spanie wspólnie z dzieckiem. Fizyczna obecność mamy i taty wpływa na spokojniejszy sen i zmniejsza lęki. Każda rodzina powinna jednak sama podjąć decyzję o formie spania. To, że nie śpicie z dzieckiem w jednym łóżku nie przekreśla przecież nawiązania bliskich relacji z dzieckiem.

6. Płacz to mój sposób na komunikację z rodzicem

Jeśli rodzice z zaangażowaniem reagują na dziecięce łzy, wytwarza się wzajemne zaufanie. Maluszek widzi wtedy, że jego problemy nie są obojętne mamie i tacie. A przecież płacz jest tak naprawdę jedyną formą komunikacji noworodka i niemowlaka z otoczeniem. W ten sposób- gdy płacz nie pozostaje bez odpowiedzi w postaci działania mamy i taty- kształtuje się pewność, że bliscy mu zawsze pomogą. Rodzicielstwo bliskości odrzuca metody typu: jak sobie popłacze, to się lepiej dotleni. Płacz przecież nikomu nie zaszkodził. 

 7. Dyscyplina? Tak, ale z rozwagą

Nie powinno się mylić rodzicielstwa bliskości z wychowaniem bezstresowym. To, że ceni się w dziecku jego wrażliwość, potrzeby, a płacz traktuje jako formę komunikacji nie oznacza, że szkrabowi wszystko wolno. Rodzicielstwo bliskości nie dopuszcza metod wychowawczych opartych na przemocy, poniżaniu, zastraszaniu. W poszanowaniu godności dziecka stawia mu się granice i ustalane są normy zachowań w danej rodzinie z uwzględnieniem możliwości dziecka na danym etapie rozwoju.

8. Co jest ważne? Rodzina!

W rodzicielstwie bliskości ważna jest równowaga w życiu rodzinnym. Pamiętajcie, że rodzina to zespół, który ze sobą współpracuje i dąży do wypracowania porozumień, które powinny uwzględniać potrzeby wszystkich członków rodziny. Rodzicielstwo bliskości to nie nadopiekuńczość. Rodzice mają na uwadze to, że dzieci mają możliwość dokonywania wyboru, bezpośredniego doświadczania konsekwencji i uczą się na własnych błędach. Dzieci mają prawo dyskutować i mieć odmienne zdanie!

środa, 17 czerwca 2015

Jak poznałam moją córkę. Ciąża moimi oczami

A więc (nie zaczynaj zdania od "a więc", jak mawiała polonistka, ale inaczej się nie da), jestem w ciąży. Dwie kreski na teście zobaczyłam w sylwestra, dzisiaj byłam u lekarza. Zobaczyłam tę malutką fasoleczkę z bijącym szybko serduszkiem. Mój mąż prawie się wywrócił, jak lekarz zawołał go do gabinetu. Puk puk. Serduszko podskakuje na ekranie. To ono. Nasze dziecko. Nasz Maluch. Jeszcze nie wiemy, czy będzie NIM, czy NIĄ. Nieważne. Już jest fajne.

Miesiąc pierwszy.
Minął mi w sumie niezauważenie, bo nie wiedziałam, że jestem w ciąży. Piłam wino, bo były urodziny siostry, no i na święta Bożego Narodzenia. Jestem wyrodną matką. Bad mother, bad mother...

Miesiąc drugi.

Czuję się świetnie, nie wiem, co to wymioty, fasolka jest we mnie. Tylko spać mi się chce. Bardzo. Gdzie jest łóżko....Zzzzz...

Miesiąc trzeci.
Jestem zmęczona, bo miałam ostry zapierdziel w pracy. Lekarz wysłał mnie na zwolnienie. Odpoczywam. Śpię, czytam książki- w końcu mam na to czas :) W swoje urodziny miałam kontrolę i zobaczyłam mojego Malucha po raz pierwszy jako człowieczka. Widziałam głowę, maleńkie rączki, którymi bejbik zasłania twarz. Wstydzioch? Eeee, niemożliwe. Nie po takich rodzicach, jakimi my jesteśmy.

Miesiąc czwarty.
Spać już mi się nie chce, mam mnóstwo energii. Na własnym weselu tańczę do czwartej rano w 15 centymetrowych obcasach. Wyglądam świetnie. Tylko czasem wzruszam się, widząc reklamy pieluszek. Jakie słodkie te maluchy!

Miesiąc piąty.
Muszę trzymać dietę, bo poziom cukru mam w górnej granicy normy. Koniec ze słodyczami. Musze też ograniczyć owoce, soki, jasne pieczywo. Dam radę. W końcu chodzi o Moją Niunię. Taaak, to dziewczynka :) Będzie Zośka. Skąd to imię? Samo przyszło :)

Miesiąc szósty.
Za łyżkę lodów Carte d'Or o smaku bananowo- czekoladowym gotowa jestem wziąć udział w maratonie. Królestwo za rogalika z makiem!

w siódmym miesiącu ciąży

Miesiąc siódmy.
Sikam tak często w  nocy, że zarobiłabym drugą pensję, jakby mi za to płacili. Dlaczego nie wymyślił nikt moczodawstwa? Plusem jest to, że wyglądam jak milion dolarów. Serio, nawet nie wiedziałam, że jestem taka piękna. No i mam cycki jak bogini.

Miesiąc ósmy.
Gorąco. Spać nie mogę. Mam słabość do kryminałów. Wkurzają mnie reklamy pieluszek. Chcę spać. Dajcie mi lodów!!! Dobrze, że dużo nie przytyłam. Do tej pory tylko 6 kg.

Miesiąc dziewiąty.
Gorąco. Pić. Spać. Śpię po 2 godziny, na zwiniętej w rulon kołdrze, bo nie mogę się ułożyć. Chłopak mojej siostry, jak mnie widzi, to mówi" Widać, że już chcesz urodzić". Na szczęście, przytyłam tylko 7 kg przez całą ciążę. Chodziłam w swoich ubraniach, nie musiałam kupować żadnych ciążowych.

21 sierpnia 2014
Jestem na porodówce, zaczynamy akcję "Zośka, wychodź". I wiecie co? Wszystko, co przeczytałam o porodzie mogę spalić w piecu. Mój jest inny. Szybki i generalnie wcale nie boli tak jak wszyscy straszą.

22 sierpnia 2014, godz. 2.45
Zośka jest na świecie. Witaj, Maleńka! I wiecie co? Jest boska!

niedziela, 31 maja 2015

Dzień Dziecka na leniucha

Dzisiaj miałam okazję dokonać ciekawych obserwacji socjologicznych w miejscu zwanym centrum handlowym. Wybrałyśmy się z siostrą i Zosią na przejażdżkę i małe zakupy. Zapomniałyśmy jednak, że napotkamy tłumy, gdyż:
a) jest niedziela, a centrum handlowe to najbardziej uniwersalny z "kościołów"
b) jutro jest Dzień Dziecka, więc Bardzo-Zapracowani-Rodzice zabiorą swoje pociechy do tego przybytku uciech by tam poskromić wyrzuty sumienia- a może spełnić "rodzicielski obowiązek"?- i uczestniczyć w zorganizowanych przez innych zabawach z okazji tegoż święta. A potem wieczorem albo jeszcze i w ciągu dnia- pochwalą się (facebook, twitter itd.) jak to fajnie było i jacy w ogóle są bajeranccy, że zabrali dziecko w to miejsce. 

źródło:demotywatory.pl
Widziałam różne przypadki. Jeden hardkorowy, gdy to maluch z gatunku podłogus awanturus urządził taką jatkę uszom moim i innych klientów jednej z drogerii, że w dodatku wywołał niepokój u mojej Zosi. Awanturnik miał lat około trzech. Powinien więc znać już podstawy życia społecznego i rozumieć, że jak mama wybiera kosmetyki, to za chwilę pójdzie do kasy. Ale nie, awanturnik rzuca się na podłogę i drze się wniebogłosy. Moje dziecko i kilkoro innych patrzy ze zdziwieniem i niepokojem. No bo, dlaczego ta dziewczynka płacze? Dlaczego krzyczy: "Pomocy"? Mama panny hałaśliwej próbuje załagodzić sytuację, ale nie bardzo jej to wychodzi. Kapituluje, kupując [sic!] coś słodkiego dziecku i uciekając czym prędzej ze sklepu. Patrzę po twarzach innych klientów. Wiecie, co zobaczyłam? Uśmiech pełen politowania. Taką pogardę, jakby mówili do ciebie: "Ale frajerka z tej matki. Nawet dziecka wychować nie potrafi".
Przypadek drugi: bitwa o...darmowe baloniki. Stoi dziewczyna, na oko nastolatka i robi dla dzieci różne zwierzaki z balonów. Ustawia się kolejka. My też czekamy, bo Zosia uwielbia baloniki. Słyszę z tyłu :" Mamo, a ja też takiego dostanę?"- patrzę , a to mała dziewczynka, taka czterolatka, idzie z mamą, pchającą wózek z kilkumiesięcznym niemowlakiem. Mama mówi do taty:" Idź z nią w tę kolejkę po tego pieprzonego balona".
Przypadek trzeci: sklep z artykułami dla dzieci. Mamuśka pcha dziecko do kasy- chłopiec, około 7 lat. Trzyma kilka zabawek- widzę, że to te z gatunku modne i drogie. Mamusia odstawiona, widać że robi tzw. karierę. Moje przypuszczenie potwierdza się, gdy słyszę: Mamo, a zrobisz mi naleśniki na kolację?
-Nie mam czasu, muszę zrobić raport na jutro. Ale zajedziemy do maka, wybierzesz sobie co chcesz- pada odpowiedź.
Po minie chłopca wnioskuję, że wszystkie maki świata chowają się do naleśników mamy. No ale ona nie może marnować swojego cennego czasu na tak banalną rzecz. 

Nie będę moralizować. Nie będę krytykować. Utwierdzam się tylko w przekonaniu, że na Dzień Dziecka trzeba życzyć Maluchom jednego:
fajnych rodziców, którzy nie przeklinają, nie wściekają się, potrafią wyznaczyć Wam mądre granice, zawsze mają dla Was i po prostu Was kochają. 




poniedziałek, 13 kwietnia 2015

A na imię miałaś właśnie...Jak nazwać dziecko, nie ośmieszając jego (ani siebie)

Drodzy Rodzice!

Czy Wy także słyszycie czasem imiona tak dziwne/śmieszne/ niepoważne, że chce Wam się zapytać urzędnika USC, na jakiej podstawie zgodził się na rejestrację dziecka z danym imieniem? Bo mnie tak. Zwłaszcza od czasu, gdy pani naczelnik USC w moim mieście nie zgodziła się, byśmy z mężem nadali córce na drugie imię Inka. Jaki był powód odmowy? Otóż, według pani naczelnik oraz- podobno- Rady Języka Polskiego, nie powinno się nadawać zdrobnień imion. Co zaproponowała nam urzędniczka w zamian za Inkę? Uwaga, uwaga. Ingeborgę, Paulinę, Ingę, ewentualnie Ingrid. Nie, dzięki.
Jakie imię zatem jest zgodne z polskim prawem? Kiedy urzędnik ma prawo odmówić rejestracji dziecka z wybranym przez rodziców imieniem?
Otóż w kilku wypadkach:
- kiedy imię jest ośmieszające lub nieprzyzwoite,
- jeśli jest to forma zdrobniała lub 
-kiedy imię nie pozwala na identyfikację płci. 
Od decyzji urzędnika Stanu Cywilnego można się odwołać u wojewody. Jeśli i on będzie przeciwny, należy zwrócić się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, a dalej do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

O czym jeszcze warto pamiętać, zastanawiając się nad imieniem dla Malucha?
Rodzice-Polacy powinni nadawać dzieciom imiona w postaci przyswojonej przez polszczyznę, dlatego Piotr, a nie Peter. Inaczej, kiedy jeden z rodziców jest obcokrajowcem – wtedy zwykle nie ma problemów z zarejestrowaniem dziecka pod obcobrzmiącym imieniem (czyż nie jest to forma dyskryminacji?).


W przypadku imion o wielorakiej pisowni, takich jak Max czy Alex, urzędnicy doradzają jednak spolszczoną wersję – bez x. Jednak w momencie, gdy imię jest unikatowe, nie nadawane często (np. Jessika zamiast Dżesika), Komisja zwykle przystaje na obcą pisownię.

A co z imionami zdrobniałymi? Tu także bywa różnie. Radek, Maja czy Kuba są popularne, z kolei Majka lub Nika już nie. Nasza Inka nie przeszłą próby. 
Ponadto, według polskiego prawa nie można dziecku nadać imienia pochodzącego od wyrazu pospolitego czy nazwy geograficznej. Dlatego nie spotykamy na polskich ulicach Truskawki czy Pragi. Ale Jagodę i Kalinę już tak. Dlaczego? Imiona są mocno utrwalone w polskiej tradycji i dlatego robi się dla nich wyjątek. Pamiętajcie także, iż nie otrzymacie zgody na nadanie imienia żeńskiego chłopcu, a dziewczynce męskiego, jedynym wyjątkiem jest tu imię Maria, które wg tradycji można nadać na drugie chłopcu, np. Jan Maria.

Tak na koniec, od samej siebie, dodam, że najważniejsze, to nie dajcie się zwariować. My od początku wiedzieliśmy, że będziemy mieć Zosię i koniec, kropka. Nie raz słyszeliśmy, ze teraz to takie modne, może jakoś inaczej nazwiemy. Bardziej oryginalnie. A figę! Chcieliśmy Zośkę, to mamy. I nie obchodzi nas, czy w przedszkolu będą trzy inne Zosie w grupie. Bo nasza jest jedyna i niepowtarzalna. Tak jak każde dziecko. 

Pozdrawiamy i życzymy miłej zabawy z wyborem imienia wszystkim ciężarówkom :)

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Zajączek, Mikołaj i spółka, czyli jakie prezenty są najlepsze dla dzieci

Żyjemy w świecie rządzonym przez specjalistów od reklamy. To fakt. Grupka speców od reklamowania produktów kreuje nasze pragnienia i potrzeby. Ta grupka osób wymyśla, co mamy chcieć kupić. Co mamy uznać za potrzebne i niezbędne. Mało tego! Jedni z najlepszych konsumentów, jakimi naprawdę łatwo manipulować, są rodzice."Twoje dziecko tego potrzebuje", "Dzięki produktowi X rozwój Twojego dziecka będzie szybszy", "Twoje dziecko kupiłoby X" (prawie jak kot kupujący whiskas). 
Ale... Czego tak naprawdę potrzebuje Twoje dziecko? Czy jest to najnowsza zabawka interaktywna znanej firmy? Czy jest to smartfon ze wszystkimi bajerami? A może ten odlotowy rowerek, z niesamowitym systemem hamowania?

Błąd, błąd, błąd. Drogi Rodzicu, jedyne, czego Twoje dziecko NAPRAWDĘ potrzebuje, to Twój czas. Poświęć więc chwilę na zabawę z Maluchem. Poganiaj z nim za piłką, zbuduj wieżę z klocków, pobaw się na macie. Zagrajcie w staromodną, ale jakże fajną, grę planszową. Albo w państwa- miasta. Pamiętasz, jak świetnie nam się bawiło, kiedy byliśmy dzieciakami? Wierz mi, mimo postępu technologicznego, te stare gry zdadzą egzamin z zabawy na piątkę z plusem. Co jeszcze jest super? Wspólne malowanie, np. palcami. Weź stare prześcieradło, koszulkę, pieluszkę, zamoczcie dłonie w farbkach i puśćcie wodze fantazji. Albo pooglądajcie razem bajki lub filmy. Pośpiewajcie piosenki. Upieczcie ciastka. Pomysłów na niesamowicie-fajne-wspomnienia jest tysiąc pięćset sto dziewięćset. 

Wiesz, Drogi Rodzicu, co jest najgorsze, co dziecko mogłoby od Ciebie usłyszeć? "Nie mam czasu". To tak jakbyś powiedział "Spadaj", "Mam pięć tysięcy ważniejszych spraw na głowie niż ty". Okropne, prawda? Dlatego zamiast dać się wkręcić specom od reklamy, nie kupuj dziecku najnowszych zabawek. Podaruj mu najcenniejsze, co masz- swój czas. Ono naprawdę to doceni i wspomnienia z zabaw lub wycieczek z rodzicami- swoją drogą, to świetna okazja, by zainteresować Maluch swoją pasją- są bardziej wartościowe niż ten super hiper mega wypasiony prezent, jaki możesz kupić w niesamowitej promocji. 

Udanej zabawy!