sobota, 17 grudnia 2016

Wracam z przytupem (inaczej zwariuję)

Witam, witam, wszystkich wiernych i nowych Czytelników MZR.

 Brakowało mi pisania, brakowało mi wiadomości od Was, brakowało mi radości z twórczości. Nie będę się wybielać, że dużo pracy (prawda), że dużo obowiązków (prawda), że zero czasu dla siebie w ostatnich 2 miesiącach (oj, prawda). Nie będę, bo to tak naprawdę zwykłe pierdolenie o szopenie rozżalonej mamuśki by było. A ja przecież...Nie jestem rozżaloną mamuśką. 

Faktem jest, że zaniedbałam bloga straszliwie, a potem się wkurzałam na siebie. A to, że wszystkie tematy już poruszono na blogach parentingowych. A ja nie lubię tego, co powtarzalne. A to, że inne mamy chyba w totka wygrały, że mają taki zadziabisty pr i piękne zdjęcia, grafikę pod ich blog robioną. A ja ani fotografem, ani grafikiem nie jestem. Mało tego, nie mam zbyt wile czasu, by się tego nauczyć. Bo przecież wszystkiego można się nauczyć, a ja mam szczęście należeć do tej grupy osób, które nieważne, co to, ale uczą się szybko i chętnie. 

Jak sami widzicie, z tymi wszystkimi zagwozdkami, nie było daleko do marudzenia i typowo polskiego narzekania. Na szczęście, nie jestem taką osobą. Ci co mnie znają, wiedzą, że bliżej mi do wojownika, który obmyśli strategię jak zrobić, by było więcej niż dobrze. No więc myślałam, czasem przez to myślenie później zasypiałam, ale w końcu wymyśliłam. 

Najlepsze co mogę zrobić, by Mama Zła Rada znów działała jak należy, to pisać o tym, o czym sama chcę czytać. Nie interesują mnie posty z tzw. dupy czyli kochani, założyłam się z mężem, że jak zbiorę pod tym postem 5000 lajków, to mam wolną sobotę i jadę do SPA a on zajmuje się dziećmi. Żenada w ogóle wstawić takiego posta. Po pierwsze, jakiego masz chujowego męża, że musisz się z nim zakładać o takie rzeczy? Czyli że co, na co dzień nie zajmuje się dziećmi? Po drugie, to takie trochę dupczenie lajkami. A to już trąci kurestwem internetowym. 

Aha, jak sami widzicie, język mój też nie należy do najłagodniejszych. Ale takie jest życie- brutal and zasadzkas i czasami kopas w dupas. Życie - zwłaszcza rodzica- to nie reklama mleka w proszku, gdzie bogata mama siedzi w wielkim pięknym domu, zadbana, z czystym dzieckiem, radośnie pijącym sztuczne mleko z trendowej butelki. Nie, życie to nie cukierkowy świat wymyślony przez speców od marketingu. 

Dlatego u Mamy Złej Rady nie znajdziecie słitaśnych postów jak to uszytki zrobiliśmy albo jakie krzywe łańcuchy nam wyszły. Nie, nie. Nie będę marnować internetu na takie gówna. 

źródło:keep-calm-o-matic.com


Przeczytacie na pewno o sprawach, które zajmują każdego rodzica. Bez lukru. Z ironią. Ale bez kitu, jaki wciskają Wam na temat rodzicielstwa blogerzy, jakich mogę nazwać co najwyżej bubblegum bloggers. Dlaczego tak? Bubblegum to angielski termin na gumę do żucia - jako symbol w kulturze masowej produkt ten występuje najczęściej jako słodki i różowy. Mnie jest bliżej do gorzkiej czekolady z nutą chilli. 

Umiem liczyć, więc liczę na siebie. I liczę, że wróciłam na dobre. Następny post o tym, co mnie wkurwia we współczesnych rodzicach - pisany z punktu widzenia pedagoga pracującego z dziećmi i młodzieżą, jakim jestem. A psują dzieci na potęgę a potem się dziwią, że mają z nimi problem. 

Pozdro,

MZR

piątek, 18 listopada 2016

Coraz bliżej święta, czyli prezentów czas!

Do najbliższego Bożego Narodzenia zostało dokładnie 38 dni. W telewizorni lecą już reklamy wszystkiego- co- musisz-kupić- bliskim-inaczej-będą-nieszczęśliwi. Coraz więcej z nas daje się nabrać na czarującą oprawę, dobry marketing i wmawianie nam, czego KONIECZNIE! potrzebujemy. A że święta to czas dawania (i brania) prezentów, stajemy się ofiarami biznesu. 

Każdy rodzic chce, żeby prezenty, jakie jego dziecko znajdzie pod choinką, były wyjątkowe, modne, jedyne w swoim rodzaju. Ogląda te reklamy i zaczyna wierzyć, że dopiero klocki za 300 zł albo lalka, która sika i robi kupę za 250 zł, wywołają uśmiech an twarzy jego dziecka. Według różnych portali finansowych, przeciętny Polak wydaje na święta od 800 do 1500 zł. Wow. Ależ jesteśmy lekkomyślni. Serio wierzycie, że kupa prezentów "odkupi" czas stracony? Naprawdę uważacie, że wasze dzieci MUSZĄ mieć te wszystkie gadżety, najnowsze smartfony, ajfony, ajpady, lego i inne barbie? 

A może jesteście po prostu leniwi, mało kreatywni? Może nie chce wam się zmienić przyzwyczajeń i zamiast wydawać kupę hajsu na niepotrzebne [sic!] bajery, wykupicie wyjazd w góry? Albo pojedziecie do lasu na spacer w śniegu? Albo skoczycie z dziećmi na lodowisko? Zrobicie razem szopkę i figurki z gipsu (albo drewna, patyczków, czego tam chcecie)?Nauczycie dziecko śpiewać kolędy. Polskie albo ich odpowiedniki w językach obcych, jeśli znacie inne niż ten ojczysty. 

Zmieńcie coś, zachęcam do tego. Zamiast kupnych gotowych prezentów podarujcie sobie coś naprawdę bezcennego: czas. Nie bądźcie jak reszta społeczeństwa. Nie musicie podążać za tłumem. Podobno żyjemy w czasach pochwały indywidualizmu. Ale chyba jest to indywidualizm na pokaz, bo ja na ulicach widzę kopie trendów. Mało kto zabierze dziecko do muzeum, na wycieczkę, do kina, do teatru, do lasu, nad morze, kiedy ma parę dni wolnego. Bo łatwiej pójść do galerii handlowej, wybrać modny prezent, taki, o jakim piszą bardzo-mądrzy-redaktorzy w magazynach lajfstajlowych i portalach opiniotwórczych. 

źródło: giphy.com


Ja nie kupię w tym roku mojej córce prezentu. Mało tego! Mężowi też. I sama nie chcę. Dziękuję, ale nie. Zamiast tego upieczemy razem pierniczki, a potem spędzimy te święta najlepiej jak możemy, pijąc gorące kakao przy choince, fajnych lampkach, jakie już mamy, przytulając się i ciesząc, że możemy być razem. Bo damy sobie najcenniejsze, co możemy: razem spędzony czas. Bez pośpiechu, nerwów, pełen uśmiechów, buziaków i radości. 

Może wy też potraktujecie adwent w tym roku jako czas refleksji, by jednak nie dać się skroić na prezentach?

pozdro, 

MZR

poniedziałek, 7 listopada 2016

Mama współcześniada

Jak to jest być matką współcześnie? 

Masz kilka opcji kobieto. Jedna to taka, że jesteś wash and go, dwa w jednym. Praca i dom. Ty- kobieta, Ty- matka. Albo raczej Ty- pracownik, Ty matka. Bo na kobietę czasu już nie starcza. Wszelkie chwile poświęcone sobie , czyli Tobie, droga mamo, Ty albo osoby z Twojego otoczenia piętnujecie. Ty dokonujesz samobiczowania, no bo jakże to tak, wyjść do ludzi? Iść do fryzjera Na basen? Na fitness? Jakże to tak, zostawić dziecko pod czyjąś opieką- a już nie daj Boże, ojca (Twojego dziecka).  Jakże to tak?! Trwonić pieniądze na błahostki typu włos czy paznokcie. Albo- o nie, nie- karnet do siłowni. Nowy ciuch? Jakim prawem! Kawa z koleżanką?! No way! Jak śmiesz wychodzić z domu, jak śmiesz wyjść i tracić te rzadkie chwile z Twoim największym skarbem, Twoim dzieckiem? Jak?! 

Znasz to, co? Ten wstrętny, obrzydliwy cichy głos w Twojej głowie. Najpierw szepcze,a potem grzmi. Nie wolno. Jesteś złą matką. Nie umiesz zarządzać czasem. Nie umiesz kochać swojego dziecka. Nie kochasz go, tak właściwie. Kochasz siebie, ty wstrętna egoistko. Ty wyrodna matko. Powinnaś być prawdziwą Matką- Polką. Dom, rodzina, dzieci. Tu nie ma miejsca na jakieś feministyczne widzimisię. Masz męża, masz dzieci, a sio, do garów! A sio, do sprzątania. Za miotłę i polecieć to ty sobie możesz, od drzwi do klamki! Jakim prawem w ogóle myślisz o sobie? Hę? 


Opcja dwa: matka Polka niepracująca. Nie masz pracy, bo poświęciłaś się dzieciom. Wybrałaś tak sama albo - częściej życie Cię zmusiło. Bo w Twoim mieście kiepsko z pracą. Bo masz chorowite dziecko i nikt nie dałby Ci przyzwolenia na siedzenie w domu na L4. A może jesteś w gronie tych kobiet, których partner zarabia na tyle dużo, ze możesz sobie pozwolić na zostanie z dziećmi i ich odchowanie? Nieważne. Ważne jest to, ze społeczeństwo, w jakim żyjesz, uważa Cię za bezproduktywną. Mało tego! Według ogółu jesteś leniem śmierdzącym, a właściwie pachnącym, bo tylko leżysz i pachniesz. No bo co to za zajęcie- być z dziećmi i je wychowywać? No kaman, przecież to nie robota, to luksus! Pewnie jesteś mało ambitna i żerujesz na swojej drugiej połowie, a on, biedny przodownk pracy, wypruwa sobie żyły, żebyś Ty potem mogła trwonić ciężko zarobione przez niego pieniądze w rosmanie czy innej seforze. Taka z Ciebie utrzymanka. Ty pasożycie tego narodu!

Opcja trzy:jesteś zamożną kobietą, stać Cię na nianię dla dziecka gdy Ty musisz być na spotkaniu biznesowym albo w delegacji. A może jesteś artystką i potrzebujesz niani, gdy masz próby w teatrze, malujesz albo prowadzisz zajęcia z tańca? Nieważne. Jesteś egocentryczką zakochaną w sobie i spełniającą tylko swoje marzenia. Oddawać dziecko pod opiekę obcym! Jakim prawem! Pewnie marszy o chwilach tylko dla siebie, na spełnianie swoich narcystycznych zachcianek. Pewnie pracujesz dużo, bo nauczyłaś się żyć na "poziomie" i gdzie dla Ciebie życie zwyczajne, takie plebsowe. A fe! Ty musisz przecież mieć to co luksusowe, najlepsze, z najwyższej półki. Dziecko w sumie nie wiadomo po co masz, pewnie dla kaprysu, jako dodatek. 


Wiecie co? Przejebane jest być matką dziś. Matki każdy rozlicza. Partnerzy, rodzice, dziadkowie, społeczeństwo, sąsiadki, kolorowe pisemka, internet. Nic nam nie wolno. Wszystko trzeba. Jesteśmy jak wrzód na dupie społeczeństwa. Niepotrzebne, niewygodne. Nie jesteśmy nawet ludźmi w oczach niektórych, bo nie powinnyśmy mieć prawa do bycia po prostu kobietami. W ogóle najlepiej byłoby nam zakneblować pyski, ustawić w szeregu i wydawać rozkazy. Jako armia takich niby- zombie byłybyśmy idealnymi żołnierzami- reproduktorkami. Rodzić- wychowywać. Dom i praca. Zarabiaj i sprzątaj. A, sorry, jeszcze wyglądaj seksownie. Bądź jak dziwka i zakonnica w jednym. Jesteś zmęczona? Buahaha, czym?! Znacie to , prawda, koleżanki- mamy? To wam wmawia cały świat. Nie wolno nam zaznać szczęścia- takiego prostego, z drobnych rzeczy. Jak np. kawa z kawiarni, albo paznokcie zrobione przez manikiurzystke. To szczęście jest niebezpieczne. Bo ono może nas ogłupić, sprawić, że będziemy chciały więcej. A to już niedaleka droga do matczynej emancypacji i buntu na pokładzie.



A przecież... szczęśliwa kobieta to szczęśliwa matka, co daje nam...no właśnie, szczęśliwe dziecko. Taki zestaw naczyń połączonych . Ale nie chodziło się na fizykę, co?

Pozdro 600, 

bardzo wredna i wyrodna, spełniająca swoje marzenia Mama Zła Rada

poniedziałek, 24 października 2016

Dobra nauka zła szkoła- dlaczego wstydzimy się rozmawiać z dziećmi o śmierci?

Drogi Rodzicu!

Czym jest śmierć? Stanem? Niebytem? Końcem wszystkiego? Początkiem życia wiecznego?

Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć na te pytania. Może śmierć właściwie nie jest niczym. Nie wiem. Jestem natomiast pewna, że z dziećmi trzeba i należy o śmierci rozmawiać. 

Nadchodzi Halloween ( jestem anglistą, więc mam słabość do tego typu dni), nadchodzi Dzień Wszystkich Świętych. Nieważne,w  co wierzycie, i czy wierzycie. Pewne natomiast, że śmierć spotka każdego z nas. Ciebie i mnie. Prędzej czy później. Nie znamy dnia ani godziny. Zapewniam Cię jednak, że póki masz czas, porozmawiaj ze swoim dzieckiem o śmierci. Opowiedz, co sam o niej myślisz. Że się boisz. Albo i nie. Może jesteś spokojny, bo pogodzony ze wszystkim, co ma Cię spotkać. Jak ją odbierasz. Jaki wpływ miało na Ciebie odejście bliskich i znajomych. A może wstrząsnęła Tobą śmierć nieznajomego? Może ukochanego zwierzaka? A może kogoś, kogo w ogóle nie znałeś? Kto żył w innym kraju, w innych czasach? 

Śmierć...Nie jest to łatwy temat. Trzeba umieć o niej rozmawiać. A dzieci lubią zadawać pytania. Dlaczego? Po co ktoś umiera? Czy był zły? Gdzie jest po śmierci? Czy trzeba jej się bać? Pamiętaj, że od Ciebie zależy nastawienie Twojego dziecka do śmierci. A skoro do niej, to i do życia. Bo Śmierć i życie są ze sobą nierozerwalnie związane. 

Jak rozmawiać? Obejrzyj "Króla lwa". To może banał i truizm, ale to jedna z najpiękniejszych i najsmutniejszych bajek dla dzieci, gdzie śmierć jest jednym z głównych wydarzeń. Od niej wszystko się zaczyna i przez nią się dzieje. A może pożegnaliście właśnie zwierzaka? Pogadaj z dzieckiem. Daj się wypłakać. Łzy oczyszczają. Daj powspominać. We wspomnieniach żyjemy. Wytłumacz, na czym polegają obchody Wszystkich Świętych. Wytłumacz, jak wspominają zmarłych inne kultury. Obchodź z dzieckiem Halloween. To bardzo dobry dzień, by do śmierci podejść z dystansem i bez patosu. Oswój strach. Opowiedz o zwyczajach meksykańskich lub słowiańskich- że na groby chodzi się by porozmawiać ze zmarłymi, a nawet czasem zostawia się alkohol, by zmarły mógł z nami "się napić". 

źródło:history.com







Jak ja rozmawiam o śmierci? Często. Z dystansem. Często się śmieję, że nie życzę sobie sztucznych kwiatów na grobie, bo będę straszyć tego, kto je przyniósł. Mówię, że mają sobie ułożyć życie, jeśli mnie zabraknie. Że mają kochać i być kochanymi. Mówię nawet, co życzę sobie zagrać na pogrzebie. A życzę sobie ten oto utwór:

https://www.youtube.com/watch?v=UVUwqxuDb9A

Mówię, że mają się cieszyć życiem, pamiętać wszystkie dobre chwile i co dobrego dla nich zrobiłam. Nie umieram, ale uważam, że nie ma nic złego w rozmawianiu o śmierci na co dzień. Bo prawda jest taka, że każdy z nas może odejść w każdej chwili. W końcu, cytując J.K. Rowling:

"Os­ta­tecznie, dla na­leżycie zor­ga­nizo­wane­go umysłu, śmierć to tyl­ko początek no­wej wiel­kiej przygody." 


Udanych dyskusji,

MZR

czwartek, 29 września 2016

Jak Was robią w balona- rzecz o szkołach językowych

W kolejnym poście z cyklu "Dobra nauka, zła szkoła", napiszę o zjawisku, z jakiego większość rodziców być może nie zdaje sobie sprawy, zapisując dzieci na rozmaite zajęcia językowe do prywatnych szkół językowych.

Fakt 1. Jeżeli Rodzicu wierzysz, że szkoła nastawiona jest tylko na dobre rezultaty u swoich uczniów, to jesteś w błędzie. Żyjemy w czasach kapitalizmu, więc najważniejsze dla każdego podmiotu gospodarczego są pieniądze. Sorry, ale taka jest prawda.

Oczywiście, są - na szczęście- szkoły, które- poza zyskiem- zwracają uwagę na jakość usług. Dbają o atmosferę na zajęciach, o zatrudnianie lektorów komunikatywnych, o stosowanie nowoczesnych metod nauczania.

Fakt 2. Jeżeli Rodzicu wierzysz, że im drożej, tym lepiej, jesteś w błędzie. Znam wiele szkół i centrów językowych, które zdzierają kasę z klientów, a ich poziom jest momentami żenujący. Dlaczego? Często zatrudniają studentów, którzy niekoniecznie mają tzw. umiejętności miękkie w zawodzie i nie potrafią właściwie wiedzy przekazać. Ale zdarza się, że mają i nauczycieli na etatach w szkole, którzy również tych umiejętności nie mają. Reguły nie ma.

Fakt 3. Jeżeli nauczyciele ze szkoły językowej zapewniają Cię, że jest super , a Twoje dziecko jak ma iść na zajęcia, zaczyna gwiazdorzyć i wymyślać powody, by na nie chodzić, to kogo się posłuchasz? Pewnie nauczyciela, bo przecież ma doświadczenie no i płacisz mu gruby hajs za lekcje. No i popełniasz podstawowy błąd, bo jeżeli dziecku podobałyby się zajęcia i byłoby nimi zainteresowane, chodziłoby tam z przyjemnością i uśmiechem na twarzy. 

Na co zwrócić uwagę przy wyborze szkoły językowej?

1. Ile lat jest na rynku? Warto się przyjrzeć istnieniu szkoły. Czy cieszy się zainteresowaniem? Czy chodzi tam ktoś z Twoich znajomych? Może warto sprawdzić pocztą pantoflową, jakie są opinie na temat tej szkoły?

2. Czy wiąże Cię z nimi długoterminowa umowa? Jeżeli tak, i w dodatku wiąże się to z konsekwencjami finansowymi, to zastanów się nad tym czy warto. Może się okazać, że to będzie wyjątkowo kosztowna przygoda, zwłaszcza jeśli firma zachowuje sobie termin wypowiedzenia miesięczny lub dłuższy. 

3. Czy materiał, jaki będzie przerabiać na zajęciach Twoje dziecko, pokrywa się z tym, co przerabia na lekcjach w szkole? Jest to szczególnie istotne, jeżeli dziecko posyłasz na zajęcia, by się podszkoliło w używaniu języka. Lepiej wybrać takie zajęcia, na których materiał będzie dość zgodny z programem szkolnym, niż by miało uczyć się innych rzeczy. Może się zdarzyć tak, że  z tego wszystkiego zrobi mu się odlotowy misz masz w głowie i odlotowych ocen ze szkoły przynosić nie będzie. 

4. Czy Twoje dziecko chce tam chodzić? Jeżeli maluch jest zniechęcony, to wierz mi- zwyczajnie się nudzi albo lektor jest niemiły/ źle się zachowuje na zajęciach. Jeżeli zajęcia są interesujące a nauczyciel w porządku, dzieciak nie będzie mógł się doczekać kolejnego spotkania. 

Powodzenia i miłej nauki :)

MZR

piątek, 23 września 2016

Karciany as

Napiszę dzisiaj o narzędziu niezwykle cennym, by wolny czas, jaki możemy poświęcić dziecku, został spędzony nie tylko fajnie, ale i owocnie pod względem edukacyjnym. 

Uwielbiam karty. Ale nie takie zwykłe, do znanych gier, z asami, królami itd. Uwielbiam karty obrazkowe, z podpisami. Z racji tego, że jestem anglistą, w naszym domu znajdziecie wiele kart do nauki języka angielskiego. Ostatnio zakupiłam trzy zestawy dla dzieci w wieku powyżej dwóch lat., wydane przez wydawnictwo Kapitan Nauka. Zakres tematyczny: zestaw 1- warzywa i owoce, zestaw 2- zwierzęta, zestaw 3- podstawowe słowa. Każdego z nich można używać osobno, ale my lubimy zrobić odlotowy misz- masz. Nasza i Zosi ulubiona zabawa polega na rozsypaniu wszystkich kart na dywanie tak, by wszystkie obrazki były dobrze widoczne. Następnie wymawiamy słowo, jakiego szukamy. My robimy to w języku polskim, nie mam bowiem ciśnienia na perfekcyjne opanowanie języka angielskiego przez moje dziecko już teraz. Rewelacyjne jest to, że Zośka tak fajnie ogarnia poznawczo słowa, o które pytamy, że margines błędu wynosi mniej niż 5 %. 

Co ćwiczymy dzięki takiej zabawie? Po pierwsze- Zosia jest dzieckiem, które chętnie się uczy, a jak widzi efekty, jest z siebie bardzo zadowolona i odważnie podejmuje próby znalezienia słowa- bądź też, precyzując- powiązania słowa z obrazkiem na karcie. Po drugie- dziecko ćwiczy w ten sposób pamięć. Wzrokową, ale i poznawczą w kontekście obraz- słowo. Po trzecie- jest z tego fajna zabawa dla całej naszej rodziny. Bo przecież serce rośnie i raduje się, jak widzimy, ze nasza dwulatka tak wspaniale łączy słowa, będące przecież abstrakcją, z obrazkiem- czyli graficzną realizacją abstrakcji

Jakie są inne warianty tej gry? My na przykład wykorzystujemy karty ze zwierzakami i pokazując je córce, pytamy: "Jak robi piesek?"- pokazując kartę z psem, naśladując przy tym odgłosy wydawane przez to zwierzę (szczekanie). Taki zabieg, tzn. wykorzystanie onomatopei, czyli dźwiękonaśladownictwa, również rozwija dziecko poznawcza na zasadzie- łączę obraz- grafikę- z dźwiękiem, jaki się z tą grafiką kojarzy i jest powszechnie uznawany za uniwersalny dla danego słowa. Mówiąc naukowo- stereotypizujemy poniekąd pojęcia, dzięki połączeniu ich wyobrażeniu graficznemu z dźwiękiem, jaki wydaje- w naszym przypadku- dane zwierzę. 

Można oczywiście- z dziećmi starszymi, bawić się w grę- układanie zwierząt według kategorii. Na przykład- układamy w jednej kolumnie zwierzaki posiadające ogony, w innej latające itd. Czyli mówiąc krótko- uczymy dziecko kategoryzacji. To samo można zrobić z kartami z owocami i warzywami, np. układamy te czerwone, zielone, albo osobno warzywa a osobno owoce. Wersji zabawy możecie wymyślić wiele. 

Polecam Wam również karty obrazkowe dla starszych dzieci. Jest ich wiele rodzajów, niektóre mają formę quizów. My mamy karty dotyczące sportu, ciała ludzkiego, zwierząt no i oczywiście języka angielskiego dla różnych grup wiekowych. Polecam Wam je serdecznie jako sposób an fajne spędzenie popołudnia z dzieckiem, zwłaszcza takiego, gdy pada deszcz. Świetna rozrywka, dużo możliwości no i co najważniejsze- mim zdaniem- możecie pokazać dziecku, że dobra zabawa to  nie tylko internetowe rozrywki.

Pozdrawiam, 
MZR


środa, 21 września 2016

Zła Rada Mamy- nie dla ustawy antyaborcyjnej



http://www.stopaborcji.pl/wp-content/uploads/2016/03/projekt_2016.pdf


Pod tym linkiem znajdziecie tekst projektu ustawy antyaborcyjnej. Jest to gorący temat, bowiem powyższy projekt wzbudza wiele kontrowersji. Jednakże papier wszystko przyjmie, ale rozum ludzki już nie. Najwięcej zamieszania wywołują bowiem publicyści, zwłaszcza ci popierający wprowadzenie rygorystycznych zapisów dotyczących zakazu aborcji w ogóle. Zanim jednak przejdę do mojej opinii na ten temat, chcę, byście zwrócili uwagę na tę oto infografikę:

http://wiadomosci.onet.pl/aborcja-w-europie-infografika/y5jk37

Z infografiki tej wynika, że najważniejszym czynnikiem, wpływającym na przeprowadzenie aborcji w Polsce jest zachowanie zdrowia kobiety. Aborcja dozwolona jest jeśli życie lub zdrowie matki jest zagrożone, jeśli płód jest uszkodzony i w przypadku bycia ofiarą czynu zabronionego jakim jest gwałt lub kazirodztwo. Obecny zapis wydaje się być całkiem sensowny i - moim zdaniem- nie wywołuje kontrowersji. Uważam, że respektuje prawo kobiety przede wszystkim- a przecież to ona jest w ciąży przez 9 miesięcy. ONA. Nie ojciec dziecka, nie polityk, nie ksiądz, nie dziennikarz. ONA. I to w jej ciele zachodzą liczne zmiany. To ONA powinna podjąć decyzję, czy- jeśli stała się ofiarą gwałtu, jeśli dziecko jest chore lub ciąża zagraża jej samej- tę ciążę donosić. ONA, nie panowie z mównicy sejmowej. Nie księża. Nie babcie, które swoje dzieci rodziły w całkiem innych czasach, niekoniecznie chcąc mieć te dzieci. Nie jej koleżanki. Nie mąż. To KOBIETA, która jest w ciąży, ma prawo tej ciąży się bać, jeśli zachodzi jakakolwiek sytuacja z wyżej opisanych. ONA będzie przeżywać tę decyzję najbardziej. Jeśli wierzyć w sumienie, to ją będzie gryzło do końca życia. Pewnie nie raz zastanawiać się będzie, jakie to dziecko mogłoby być. Jak by wyglądało? Ile żyło? Czy byłoby szczęśliwe? Czy by je kochała? Czy by je obwiniała? Czy by nie mogła na nie patrzeć, bo widziałaby twarz gwałciciela? Jak bardzo straciłaby zdrowie, gdyby je urodziła? A może warto byłoby się poświęcić, może ci wszyscy lekarze się mylą i jej dziecko wcale nie jest chore, nie zagraża jej? 

To nie jest tak, jak przekonują publicyści tzw. pro life- choć dla mnie pro life to oni wcale nie są, natomiast śmiało mogę nazwać ich pro egoizm- że kobiety, które dokonują aborcji są zimne i nieczułe. 
To nie jest tak, że mają gdzieś to życie, które zaczęło kiełkować w ich ciele. 
To nie jest tak, że aborcja jest dla nich wybawieniem. Czasem jest najgorszym więzieniem dla ich umysłu i psychiki, ale nie mają innego wyboru. Bo chcą żyć. Bo boją się, co mogłoby być, gdyby urodziły dziecko oprawcy. 
To nie jest, że chodzisz w ciąży, pyk- rodzisz dziecko i oddajesz je bez mrugnięcia okiem do adopcji, przekonana, że jesteś bohaterką.
To nie jest- i nigdy nie powinno być- tak, że nastolatka, sama będąca mentalnie momentami dzieckiem- będzie wspaniałą matką, skoro sama swojej matki mocno w okresie dorastania potrzebuje. 

Łatwo się wypowiadać mężczyznom, którzy nigdy w ciąży nie będą z przyczyn oczywistych. 
Łatwo się wypowiadać ludziom, którzy mają warunki, by dzieci wychować. Ich życie jest poukładane i bezpieczne. 
Łatwo się wypowiadać ludziom, którzy nie wiedzą co to znaczy wychowywać dziecko nieuleczalnie chore i lada dzień może umrzeć. 
Łatwo się wypowiadać ludziom, którzy nie wiedzą co to gwałt i kazirodztwo. 

Sama jestem matką i uważam, ze dziecko jest najpiękniejszym skarbem, jaki istnieje na świecie. Ale jednocześnie uważam, że nie wolno skazywać kobiet na rodzenie dzieci nieuleczalnie chorych, poczętych w wyniku gwałtów, lub ryzykowania życiem własnym i dziecka, gdy ciąża zagraża życiu. Zwłaszcza ta ostatnia sytuacja- czy jest ona pro life? Moim zdaniem, skazuje na śmierć- często w cierpieniu- aż dwie osoby. Co na to panowie posłowie?

Nie wolno cofać naszego kraju do epoki skrobanek za pomocą wieszaków na ubrania, szydełek czy nożyczek. Nie wolno skazywać kobiet czy dziewcząt na śmierć w wyniku powikłań po tych "zabiegach". Bo jeśli ktoś sądzi, że ustawa zakazująca aborcji sprawi, iż zabieg ten nie będzie wykonywany, jest głupcem. Będzie jeszcze gorzej. Podziemie będzie kwitnąć, czyż nie słyszeliście o ginekologach "pomagających w przywracaniu miesiączki"? 

Dlatego jeszcze raz mówię głośne NIE dla tego projektu prawnego bubla. I kibicuję akcji Dziewuchy dziewuchom. I mam nadzieję, że ten projekt jednak nie przejdzie.