czwartek, 15 września 2016

Zła Rada Mamy nr 1- nie oceniaj, bo sam zostaniesz oceniony

Dziś rzecz o ocenianiu i hejtowaniu innych. 

Odnoszę często wrażenie, że pod tym względem Polacy są mistrzami świata. Nienawiść wobec innych, tylko z racji tego, że coś im się nie udało, to nasz sport narodowy. Jako, że blog mój poświęcony jest parentingowi, skupimy się na hejcie rodziców wobec rodziców. 

Znacie ten obrazek, gdy robicie zakupy, spieszy się wam (albo i nie) i nagle przez sklep przechodzi krzyk, ryk jakiegoś bachora (takie myśli kłębią się w głowie a propos delikwenta). 
- Daj mi to! - albo- Ja to chcę! Już! Kup mi!

Matka lub ojciec bachora najczęściej czerwienią się i zaczynają zachowywać, jakby chcieli zapaść się pod ziemię. Całym ciałem krzyczą niemo" mnie tu nie ma, nie patrzcie na mnie). No bo przecież żyjemy w czasach, gdy nie wypada dziecku zwrócić uwagi, nie wypada krzyczeć na nie w otoczeniu innych ludzi- albo-o zgrozo! wymierzyć sprawiedliwość ręką ojcowską bądź matczyną, dając gówniarzowi klapsa. 

Gapie zaś zacierają ręce. Bo już jest temat na posta na fejsika, na hejcik ze znajomymi. Siądą przed komputerami po powrocie z zakupów i będą spamować ściany znajomych swoimi złotymi myślami. Pełno będzie rad, pedagogiką zalatujących. Że ci rodzice to niezaradni, że te dzieci to rozwydrzone bachory, dyrygujące życiem stworzycieli. Poziom zajebistości podniesie się o 100. No bo przecież oni nie mają TAKICH problemów. 

Taaa...

Życie ma na szczęście to do siebie, nie rychliwe jest, ale sprawiedliwe. Jak mawiają jankesi, Karma is a bitch...

Łatwo jest oceniać innych. Tylko nikt nie pamięta o tym, że zawsze znajdzie się lepszy mocarz i skrytykuje nas. I może utrze trochę tego wszędobylskiego, wrednego nochala, który węszy pseudo afery i musi jeszcze je rozdmuchać na fejsie. 

Prawda jest taka, że dziecko może mieć gorszy dzień. Że rodzic może mieć gorszy dzień. Słabszy, że mu się nie chce, albo nawtykano mu, że należy bezstresowo wychowywać dziecko. Wmawia mu się, że jest złym rodzicem i musi być lepszy, uważniejszy, wyrozumiały. Łatwo się w tym wszystkim pogubić. Łatwo odpuścić dziecku. Łatwo wykształcić w nim złe nawyki. Tak samo, jak łatwo stać się ofiarą hejterów. 

Jedyne, co mi się z takimi wścibskimi ludźmi kojarzy to kompleksy. Bo trzeba być bardzo zakompleksioną osobą, by krytykować innych, sobie podnosząc ego. Taki nie odpuści, nie zrozumie, tylko będzie fejsbukowym celebrytą, bazującym na cudzym niepowodzeniu. Bo jak głosi przysłowie, nic tak nie uszczęśliwia, jak nieszczęście innych. 

I jedyne, co mogę powiedzieć rodzicom, którzy stali się ofiarami takich hejterów to- uśmiechnijcie się pod nosem i dajcie karmie robić swoje. Ona naprawdę wraca. 

Pozdro 600, 
MZR

poniedziałek, 12 września 2016

Od przybytku głowa rozboli, czyli rodzicu, opamiętaj się! Rzecz o "korkach"

Wrzesień pełną parą. Dzieci poszły do szkoły, był uroczysty apel, przywitanie "pirszoroczniaków" (cytując Hagrida z "Harry'ego Pottera"). Rodzice wydali tysiąc pięćset sto dziewięćset złotych na wyprawki swoich uczniaków. No, ale dla większości to nie wystarczy. Już szukali, już węszyli, bo przecież...DZIECKO MUSI SIĘ ROZWIJAĆ. 

Co to właściwie oznacza? Z moich obserwacji wynika, że panuje społeczne przekonanie, iż szkoła nie uczy właściwie. Hmmm, czyli...jak? Ano tak, aby po opuszczeniu murów placówki ostatniego szczebla edukacji latorośl bez problemu znalazła pracę, albo- jeszcze lepiej!- stała się geniuszem. Albo- to już w ogóle pożądane- odkryto w  niej niesamowity talent, by mogła wziąć udział w jakimś telewizyjnym show i stała się sławna.

I co robi taki rodzic? Zawalony wieloma niesamowicie inteligentnie brzmiącymi bredniami pseudopsychologów i pedagogów, doktorów z tiwi, daje się nabrać na te wyścig szczurów i zapisuje. Kogo? Swoje potomstwo? Gdzie? NA WSZYSTKO, NA CO SIĘ DA. Dziś zajmiemy się korepetycjami

Jak dobrze wiecie, jestem filologiem, specjalizuję się w języku angielskim. Uwierzcie mi, chętnych na korki- czy trzeba, czy nie, jest mnóstwo. Były lata, że z samych korepetycji byłam w stanie zarobić ponad tysiąc złotych, (studiując dziennie!). Mam znajomych matematyków, biologów, wuefistów, trenerów, plastyków. Co rok, we wrześniu, ci, którzy są naprawdę dobrzy w tym, co robią, nie musieli się bać o brak kasy. Telefon dzwoni na okrągło, bo "nagle" okazuje się, że dzieci właściwie to nic nie potrafią, bo pani ich nie nauczyła w szkole no i jakże to tak, przecież "on/ona MUSI BYĆ KIMŚ W PRZYSZŁOŚCI". Zatrzymajmy się na chwilę w tym miejscu i rozłóżmy kampanię wrześniową, dotyczącą zapisów dziecka na wszystkie możliwe kursy, na czynniki pierwsze.

Po pierwsze- mam wrażenie, że w tych szkołach to sami głupi/niedouczeni/bezwartościowi nauczyciele są. Taki przekaz płynie  z komunikatów nadanych w moim kierunku przez rodziców. Bo dziecko nie rozumie. Bo pani nie tłumaczy. Bo nie ma czasu na lekcjach. Bo mają nudny podręcznik. Bo za dużo dzieci w klasie i nie da rady wszystkim wytłumaczyć dobrze co i jak.

Po drugie- odnoszę kolejne wrażenie, że dla rodzica tylko to, za co (czasem słono) zapłaci, jest wartościowe. Nauka bezpłatna to nie nauka. 

Po trzecie- i w tym miejscu znów- a jakże, wrażenie- że szkoła to jakieś dziwne miejsce, gdzie właściwie to nie wiadomo, po co dzieci chodzą. No bo przecież nie po to, by się czegoś nauczyć. 


Odłóżmy jednak moje wrażenia na bok i skupmy się na faktach. 

Fakt pierwszy: 50 % polskich uczniów ma co najmniej jednego korepetytora. 
Fakt drugi:średnio na "korkach" dzieci spędzają od 2 do 4 godzin tygodniowo.
Fakt trzeci: przedmiotami, z jakich najczęściej udziela się korepetycji są matematyka i język angielski.

Co to oznacza w praktyce? Jakby zinterpretować te fakty jak najprościej, to wyłania nam się obraz szkoły jako instytucji, która nie potrafi wykształcić połowy uczniów, gdzie lekcje- ich czas tudzież ilość- są za krótkie, a matematycy i angliści są z najniższej półki. 


Ze swojego doświadczenia powiem tak- nie wiem, jak jest z matematykami, mogę się wypowiadać na temat anglistów. I niestety, ale większość rzeczywiście nie ma daru nauczania. W mojej karierze zawodowej miałam wielu uczniów, którzy nie rozumieli podstaw, a w nauce języka obcego bez tego nie ruszysz dalej. Zresztą tak jest i dzisiaj, gdy mam zajęcia z moimi żołnierzami, dziećmi, młodzieżą czy dorosłymi. Ludzie, którzy angielski mieli, ale właściwie - w przypadku dorosłych, nawet po kilkunastu[sic!] latach nauki tegoż języka, muszą zacząć od początku, bo zwyczajnie na świecie nie ogarniają, o co kaman


źródło: job- profi.pl

Zwolennicy korepetycji krzyczą, że są one tak bardzo skuteczne ze względu na indywidualne podejście do ucznia. Po części może i tak, ale nie zgadzam się z tym do końca. Z praktyki wiem, że dobry nauczyciel, słuchający uczniów, widzący ich problemy z nauką i potrafiący tłumaczyć, odpowiadać na (nawet głupie z pozoru) pytania bez zniecierpliwienia, potrafi zdziałać cuda nawet z 20 osobową grupą. Osoba nauczyciela jest tutaj niesamowicie istotna. Od momentu gdy uczę, nie raz, nie dwa, miałam przypadki, że ludzie kontaktowali się ze mną, bo ktoś mnie polecił. A pierwsze słowa na pierwszym spotkaniu brzmiały- "tylko wie pani, ja jestem chyba odporny na wiedzę, bo miałem już korki". I tu fakt potwierdza regułę, tzn. trafiali na kiepskich nauczycieli. Sam fakt ukończenia przez kogoś studiów i posiadania tytułu magistra, o niczym nie świadczy. Znam mnóstwo ludzi po studiach filologicznych, z uprawnieniami pedagogicznymi, którzy gówno potrafią, jeśli o uczenie chodzi. Uświadomcie to sobie, moi drodzy, że dzieci nie dostają gorszych ocen w szkole dlatego, ze są gorsze. Najczęściej na lekcji nie ma czasu, by porządnie im wytłumaczyć wszystko. Albo nauczyciel nie potrafi się dobrze zorganizować, by umiejętnie zajęcia przeprowadzić.

Dlaczego korki są tak popularne? Bo poza wiedzą uczeń ma okazję zdobyć coś o wiele cenniejszego- motywację i dowartościowanie jego jako człowieka. Korepetytor, dzięki indywidualnemu charakterowi zajęć, jest w stanie już po pierwszych zajęciach wymienić mocne i słabe osoby ucznia. I zapewne w swej ocenie będzie dokładniejszy niż nauczyciel przedmiotu, z jakiego korki są udzielane. Poza tym, to skupienie na osobie, a nie na programie i tempie jego przerobienia, procentuje bardzo szybko. Na korkach nie jest ważne "od- do". Ważne jest, czy uczeń pojął istotę przerabianego zagadnienia. 

Co ciekawe- korepetytor często staje się takim trochę psychologiem, powiernikiem sekretów. Wiele razy moje dzieciaki czy dorośli rozmawiali ze mną o problemach bądź też sytuacjach, o jakich nie gadali z rodziną. Wiele razy gotowało się we mnie, gdy dzieciak mówił mi, że nauczyciel go wyzywa, bo jest biedniejszy niż reszta klasy, albo ma więcej rodzeństwa, albo wolniej rozwiązuje zadania. Wiele razy też razem cieszyliśmy się z kolejnych sukcesów- dla jednych były to "trójki", dla innych "szóstki". 

Minus popularności korków- jedno z badań przeprowadzonych wśród uczniów szkoły podstawowej wykazało, że 70 % dzieci spędza na korkach ok. 11 godzin tygodniowo. Plus 27 godzin lekcyjnych daje to liczbę 38 godzin poświęconych nauce. To niemal tyle, co etat dorosłego człowieka. Cały. Mnie osobiście te liczby przerażają. Bo gdzie w tym wszystkim czas na zabawę, na wygłupy, na bycie dzieckiem? Czy naprawdę liczą się tylko "piątki" i "szóstki"? Gdzie czas na dzieciństwo, beztroskie, pozbawione cech korporacji- sorry, ale mnie osobiście to wszystko kojarzy się z korpoludkami. Sen- szkoła- korki- odrabianie lekcji- sen itd.

APEL KOREPETYTORA DO RODZICA

Mój Drogi! 
Zanim poślesz dziecko na korki, zastanów się, czy ich naprawdę potrzebuje. "Tróje"  z biologii są ok, zwłaszcza gdy Twoje dziecko tak bardzo chce być dziennikarzem. Odpuść mu czasem. Zastanów się czy nie ulegasz presji otoczenia. A może korki są modne w Twoim kręgu znajomych? Może to, czego Twoje dziecko potrzebuje to Twoja uwaga, a nie ta obcej osoby, dobrze opłacona ?

Przemyśl sprawę, czy korki nie zabierają czasu tak bardzo potrzebnego i nieodwracalnego na bycie dzieckiem. Takim normalnym, nie zawsze idealnym.

Pozdrawiam,
Mama Zła Rada

sobota, 23 lipca 2016

Paparazzi

Dzisiaj napiszę trochę o zjawisku, które momentami mnie bardzo śmieszy, a momentami przeraża. Jako aktywny użytkownik mediów społecznościowych, jak facebook i instagram, obserwuję często strony poświęcone parentingowi i edukacji. Podglądam również inne blogi rodzicielskie, niektóre są ciekawe, inne wymuszone na bycie fajnymi, inne nudne jak flaki z olejem. Jak sami pewnie wiecie, ilość zdjęć dzieci, na jakie można się na tego typu stronach natknąć, jest ogromna. Czasem jest ich tyle, że jedna z moich znajomych stwierdziła, że- cytat- "rzygam dziećmi". Sama ostatnio prawie rzygałam, jak zobaczyłam pewną mamuśkę, ale po kolei...

Pojechaliśmy sobie w zeszłą sobotę nad jezioro. Spacerowaliśmy promenadą, zaliczyliśmy molo, kierunek ustawiliśmy na plac zabaw, by Prezesowa mogła się wyszaleć. Szalała, szalała, wygłupiała się ze swoim tatą, ja natomiast oddawałam się swojemu hobby- czyli obserwacji innych ludzi. Taki ze mnie socjolog z zamiłowania. W pewnej chwili moja uwagę przykuła- na pierwszy rzut oka- standardowa rodzinka 2+1. Na drugi rzut oka widać było, że głowa rodziny, czyli tata, ma ochotę się ewakuować, tylko nie bardzo ma chyba na taki krok odwagę. Mamuśka- postawna, z cycem i tyłkiem sporawym, taka domina z postawy- latała z jednym z najnowszych modeli lustrzanek w ręku za swoją latoroślą. Na moje oko, dzieciak- rodzaju męskiego, aczkolwiek bytowanie z taką matką skutecznie go wykastruje do osiemnastki- w wieku 15 miesięcy, półtora roku maksymalnie. Trzeba przyznać, że mamuśka paparazzo była wygimnastykowana- wiła się pomiędzy szczebelkami drabinek, by trafić jak najlepsze ujęcie. Tańczyła wokół młodego, gotowa była wejść do tunelu, ale jej figura stanowiła przeszkodę. "Synku, uśmiechnij się"- młody się ślini. "Piotrusiu, puść oczko"- Piotruś bach! na glebę. "Piciu, chodź do mamusi"- Piotruś spieprza w stronę tatusia. 

Lukam na ojca. Poziom zażenowania 100, czerwony, widać, że wstydzi się takiej baby. Albo bał się coś powiedzieć albo miał stan przedzawałowy, bo otwierał usta, zamykał, łykał powietrze, aż zaczęłam się obawiać, że będzie mu trzeba RKO zrobić na szybko. Mamuśka cyka dalej. Piotruś się ślini i ucieka przed nią. A głowa rodziny chce się schować pod ziemię. Taka sytuacja.
źródło:m.mjakmama24.pl


Na instagramie często obserwuję zdjęcia, za które mam ochotę chwycić mamuśki i tatuśków je wrzucających za kudły i walnąć łepetyną o ścianę, by trybiki zatrybiły. Ostatnio widziałam malucha ok. 6-9 miesięcznego, w...zlewie kuchennym, zanurzonego po uszy w pianie, a obok pięknie i z artyzmem ułożona kompozycja z kwiatów. Co za geniusz zanurza dziecku uszy w wodzie to raz, ale kurczaki- w zlewie kuchennym?! Serio... Albo zdjęcia z porodówki. Sorry, ale nie. Po prostu nie. To jest tak mega intymny moment, że nikt nie powinien poza rodzącą i jej partnerem tego oglądać. Ja- i miliony innych osób- jesteśmy co chwila bombardowani zdjęciami maluszków z pępowiną, zakrwawionych- super reklama w ramach 500 + - a ostatnio jakiś inteligent wrzucił zdjęcie dziecka z pępowiną i łożyskiem. Ja rozumiem, że są amatorzy porodu lotosowego, ale ani to zdrowe, ani mądre, a już na pewno niefajne, by wrzucać takie zdjęcie. Jako maluch ze zdjęcia, w dorosłym życiu zaskarżyłabym takich rodziców za straty moralne, spowodowane byciem podglądanym przez miliony followersów i żyłabym jak królowa z odszkodowania. Serio, rozumiem miłość do dziecka, ale cholera jasna- nie każdy chce oglądać takie obrazki. A po drugie daj dziecku odpocząć od aparatu, bo nabawi się fobii i będzie myśleć, że jest ofiarą stalkingu. 

Póki co, idę cyknąć fotę Prezesowej. A, i zbieram już kasę, gdyby kiedyś mnie pozwała za te fotki na insta i fejsie ;)


wtorek, 5 lipca 2016

To nie jest kraj dla pracujących matek (dla niepracujących też nie)

Dawno mnie tu nie było...
Co się działo w tym czasie? Zacznijmy od tego, że zmieniłam pracę. Zabrałam dziecko ze żłobka- nie wgłębiajmy się w szczegóły, pliz. No i pojawił się problem- w naszym "wspaniałym" mieście, gdzie przyszło nam mieszkać, w środku roku tzw. szkolnego nie znajdziesz miejsca dla dziecka w żłobku. To co zrobiliśmy z Niunią? Nie, nie zostawiliśmy w oknie życia. Nie, nie oddaliśmy niani, bo nie ufam obcym po naszych przygodach. Nie, nie zrezygnowałam z pracy, bo nas na to najzwyczajniej w świecie nie stać- na pohybel wszystkim, co twierdzą, że żony wojskowych w luksusy opływają buahahaha...

Zosia w tygodniu była u dziadków w W., a na weekendy zabieraliśmy ją do siebie. Co daje 450 km co weekend wte i wewte, co daje...ok. 7875 km przejechanych od momentu, gdy wszystko się zmieniło.

Dostęp do opieki nad dziećmi w naszym kraju, gdy kobieta chce i może pracować jest do dupy. Dostęp do opieki nad dziećmi, gdy kobieta nie pracuje, ale chce wrócić do pracy, znaleźć jakąś, a na to też przecież potrzeba czasu- jest do dupy.

Mało tego, ceny za żłobki są chore. W S., gdzie mieszkamy, cena za żłobek prywatny to ok. 650-730 zł za miesiąc. Biorąc pod uwagę, iż większość społeczeństwa zarabia 2200 zł brutto, jest to ogromny wydatek dla rodziny. A jak ktoś został obdarzony bliźniakami? Albo ma starsze dziecko w przedszkolu? Koszt miejskich żłobków- o ile takowe są w mieście, tu akurat są- to ok. 430-450 zł. Trochę mniej, ale i tak drogo. Nie dziwię się, ze jest problem, by kobiety po urodzeniu dziecka wróciły do praca. Bo nawet jak tę pracę mają, to sytuacja wcale nie jest łatwa. Dlaczego? Z 3 powodów:

1. Zdrowie malucha. Do 3. roku życia rozwija się układ odpornościowy dziecka. Kto posłał swoją pociechę wcześniej, wie, że częściej jej w tym żłobku nie było, niż była. A kto ma siedzieć z dzieckiem w domu? Jak masz dziadków/ ciotki/ koleżanki, które to zrobią- fajnie, gratuluję. Ale wiele kobiet nie ma nikogo w tej samej miejscowości. I co wtedy? L4? A jak prowadzisz działalność i jesteś uzależniony od kontrahentów? Myślisz, ze to takie łatwe, powiem- sorry, wracam za tydzień, może dwa? Niestety, tak to nie działa. Świat  ( a już zwłaszcza ten biznesowy) nie jest wyrozumiały. Mąż weźmie L4, bo ma stabilniejszą pracę? Fajnie, ale ile razy? 1, 2 ? a co potem? Nam chyba pozostanie wożenie dziecka znów do dziadków...


2.  Finanse. Jak pisałam wcześniej, opieka nad dziećmi jest bardzo droga. A nie pisałam przecież, ile biorą nianie. Tu ceny są rozmaite. Wiem, że średnio to 1000- 1200 zł za miesiąc w mieście jak S. A gdzie pozostałe wydatki? Brać nadgodziny? Oszczędzać? Omijać sklepy? Nie wydawać? A jak auto się zepsuje? A, że nie mieć auta? A jak musisz do pracy dojeżdżać? A, że z internetu zrezygnować? A jak używasz go do pracy? A, ze przestać chodzić do fryzjera, na paznokcie, na zajęcia dodatkowe? Nie wychodzić na pizzę, na piwo? A może by tak... zostać ascetą? Współczesnym pustelnikiem? Może wtedy jakieś bonusy po śmierci się zgarnie?

3. Obowiązki matki-Polki-wariatki. Sorry, ale nikt mi nie wmówi, że obowiązki w domu rozkładają się równo- buahaha. W prawie 100 % polskich domów, gdzie jest ON i ONA, to ta druga osoba ma więcej na barkach. Facet przyjdzie, jak mu się zachce, to zrobi obiad- zwłaszcza jak coś zmajstrował, jak nie, to zadowoli się czipsami. Dziecku da kabanosa i bułę z masłem i jest luz. ONA- a czemu nie powiedziałaś, ze śmieci tyle- to ON- znów muszę wychodzić- jęk. A ONA- rano wstaje wcześniej, by czesząc włosy, myjąc zęby i malując oko, założyć bez podarcia rajstopy, zrobić mleko dziecku, uszykować mu ubranie, zrobić sobie coś do jedzenia do pracy, jemu, wraca z pracy, robi żarcie, wieczorem żarcie, ile można żreć?! Przecież wczoraj ich karmiłam...

Plus pranie, sprzątanie, a jeszcze wyglądaj ładnie, bo znajdzie inną, a jeszcze seksu powinno ci się chcieć co noc najlepiej, żeby on nie martwił się, ze mu konar nie płonie,a z ciebie jeszcze trochę to próchno się zacznie sypać. Plus telefony, rachunki, bo ON nie pamięta, bo i po co, kupowanie żarcia- znowu?!- chwalenie JEGO, chwalenie dziecka, czytanie poradników jak być perfekcyjną - chyba perfekcyjnie zestresowaną całym tym szajsem jaki promują social media... I jeszcze rząd zachwala taką heroiczną postawę Polek... Ja pierdziu, walnęłabyś kielona, ale ostatnio tak cię siekło po piwie, że było jak w reklamie - chce się, chce- tylko przez "rz"...Zapaliłabyś jointa, ale po pierwsze - to śmierdzi, a ty nie lubisz smrodu, a po drugie- to nielegalne w tym kraju. A ty już masz wizję, jak cię pakują na dożywocie do najgorszego pierdla, a twoje kochane małe bobo, dla którego nie ma miejsca w żłobkach, wychowuje teściowa...

Nagle się budzisz nad zimną herbatą i migającym ekranem komputera, bo przecież dziś trzeba mieć pasję, którą się chwali światu i piszesz jakiegoś posta, bo aspirujesz do bycia laureatką- najlepiej Pulitzera, Nobel w ostateczności- jesteś w sumie trochę staromodna i nie lubisz blichtru i sztywnych sukienek na takie rauty, co to piją w cycki, których przecież prawie nie masz. 

A tak w ogóle, matko- Polko- wariatko, to skisłaś w tym systemie. 
Alleluja.

poniedziałek, 7 marca 2016

Bo fantazja jest od tego aby bawić się na całego!


Jakie słowo kojarzy się z dziećmi i dzieciństwem? Mnie na pewno "fantazja". Jednocześnie jest to zdolność, jaką dorośli chętnie niszczą u- swoich również- dzieci. Często robią to nieświadomie. B normy, bo nie wypada poszaleć, BO CO LUDZIE POWIEDZĄ?! 

A tak na serio, nie pamiętacie już jak byliście mali i toczyliście bitwy, jeździliście na dzikich mustangach, podbijaliście nowe światy? Nawet gdy te światy były śmietnikiem i osiedlowym trzepakiem? Ja pamiętam wiatr we włosach, gdy zjeżdżałam z szaloną prędkością na moim składaku, wyobrażając sobie, że jestem wojowniczką galopującą na karym koniu w bitwie. 

Drogi dorosły czytelniku, dlaczego wstydzisz się dziecięcej skłonności do bajek? Wyobraźni, która pomaga przezwyciężać strach i nieśmiałość? Zauważcie, że często dzieci przychodzą ze szkoły czy przedszkola do domu i mówią wam, że chciały zrobić coś fajnego, a zabroniono im tego. Dlaczego? Bo jak grupa daje się łatwo kontrolować, to "nie zagraża". Czemu? Spokojowi nauczycielskiego grona. Bo jak dzieciaki zaczynają marzyć, być kreatywne, to zaczynają absorbować. A zdecydowana większość "pedagogów" nie lubi się przemęczać. Tak samo rodzice. Zmęczeni gonitwą za kasą, za nowym autem, za markowymi ciuchami i kosmetykami oraz wyjazdami do spa i zajęciami z czego-tam-co-jest-modne, zwyczajne nie chcą lub nie mają siły się angażować w pełne wyobraźni życie własnych dzieci. Dlatego chcą, by dzieciaki siedziały w swoich pokojach i tam "grzecznie siedziały". Co to znaczy? Hmm, chyba "cicho" i "nie absorbując mojej cennej uwagi". Jeju, serio? A ta dziecięca fantazja jest taka fajna. Widzę ją i doceniam każdego dnia u mojej córki, która stroi się przed lustrem, strojąc miny. Albo udaje kucharkę i "gotuje". Polecam każdemu zmęczonemu jako antidotum na stres i smutki dnia codziennego. A teraz włączcie yotube i ten oto klasyk, który znajdziecie w linku poniżej, bierzcie dzieciaki za ręce i szalejcie ile wlezie! 


środa, 24 lutego 2016

Sześciolatki do przedszkola- czyli o zmianach w ustawie o obowiązku przedszkolnym

Obowiązek szkolny dla siedmiolatków – to kluczowa zmiana w przyjętej niedawno nowelizacji ustawy o systemie oświaty.

Najważniejsze zmiany dotyczą:

-->obowiązku szkolnego od siódmego roku życia,
--?prawa do rozpoczęcia edukacji szkolnej od szóstego roku życia,
-->obowiązku przedszkolnego dla dziecka 6–letniego,
-->prawa dziecka w wieku od 3 do 5 roku życia do korzystania z wychowania przedszkolnego,
-->wzmocnienia roli kuratora oświaty.

Obowiązek szkolny dla dzieci 7–letnich i prawo do edukacji szkolnej dla 6-latków

Zgodnie z ustawą, od roku szkolnego 2016/2017 obowiązkiem szkolnym będą objęte dzieci od 7 roku życia. Dziecko 6-letnie będzie miało prawo do rozpoczęcia nauki w pierwszej klasie szkoły podstawowej o ile korzystało z wychowania przedszkolnego w roku szkolnym poprzedzającym rok szkolny, w którym ma rozpocząć naukę w szkole. Jeśli dziecko 6–letnie nie uczęszczało do przedszkola, rodzice również będą mogli zapisać je do pierwszej klasy. W takim przypadku niezbędna jednak będzie opinia z poradni psychologiczno – pedagogicznej o możliwości rozpoczęcia nauki w szkole podstawowej.

Ponowne zapisanie dziecka do klasy I lub II

Rodzice, których dzieci poszły do szkoły jako sześciolatki i natrafiły na problemy adaptacyjne i trudności w szkole, wnosili o wprowadzenie rozwiązań, które złagodziłyby proces wcześniejszego objęcia ich dzieci obowiązkiem szkolnym. Dlatego wprowadzono w ustawie przepisy przejściowe odnoszące się do roku szkolnego 2015/2016 oraz 2016/2017.

– Dzieci urodzone w 2009 r., które są już w szkole w roku szkolnym 2015/2016, będą mogły na wniosek rodziców – kontynuować naukę w pierwszej klasie szkoły podstawowej w roku szkolnym 2016/2017. Rodzic musi złożyć stosowny wniosek do dyrektora szkoły do 31 marca 2016 r. Dziecko nie będzie podlegało klasyfikacji rocznej, a tym samym promowaniu do klasy drugiej; jeżeli rodzice zdecydują, że ich dziecko będzie kontynuować naukę w klasie pierwszej w szkole, do której uczęszcza, wobec tego dziecka nie będzie przeprowadzane postępowanie rekrutacyjne.

– Dzieci urodzone w I połowie 2008 r., które w roku szkolnym 2015/2016 chodzą do klasy II szkoły podstawowej, na wniosek rodziców, złożony do 31 marca 2016 r., będą mogły – w roku szkolnym 2016/2017 kontynuować naukę w klasie II.

Uczniowie ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi

Dzieciom, które mają orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego będzie można odroczyć obowiązek szkolny, jednak nie dłużej niż do końca roku szkolnego w tym roku kalendarzowym, w którym dziecko kończy 9 lat. W tym przypadku dziecko będzie kontynuowało przygotowanie przedszkolne.

Wychowanie przedszkolne

Od 1 września 2016 r. obowiązkiem przedszkolnym będą objęte dzieci 6-letnie. Natomiast wszystkie dzieci 4- i 5-letnie mają mieć zapewnione miejsce realizacji wychowania przedszkolnego, a od 1 września 2017 r., także dzieci 3-letnie.

Zgodnie z ustawą, przekształcenie oddziałów przedszkolnych w szkołach podstawowych w przedszkola zostanie przesunięte z 1 września 2016 r. na 1 września 2019 r. Umożliwi to organom prowadzącym lepsze przygotowanie się do przekształcenia oddziałów przedszkolnych w przedszkola. Decyzje dotyczące ewentualnej likwidacji oddziałów przedszkolnych będą mogły być poprzedzone wnikliwą analizą potrzeb w zakresie wychowania przedszkolnego, uwzględniającą tendencje demograficzne po wdrożeniu wprowadzanych rozwiązań prorodzinnych.

źródło: demotywatory.pl

Wybór kuratora oświaty

Kurator oświaty będzie powoływany i odwoływany przez ministra edukacji w drodze konkursu ogłoszonego przez wojewodę. Na wniosek kuratora oświaty i po zasięgnięciu opinii wojewody, minister edukacji będzie powoływał i odwoływał wicekuratorów oświaty.

Wzmocnienie roli kuratora oświaty

Przywrócona została kontrola kuratorów oświaty nad działaniami samorządów w kształtowaniu sieci szkół i przedszkoli. Ustalenie przez radę gminy sieci publicznych przedszkoli, oddziałów przedszkolnych w szkołach podstawowych i innych form wychowania przedszkolnego będzie możliwe po uzyskaniu pozytywnej opinii kuratora oświaty. Także decyzja o likwidacji lub przekształceniu przedszkola, szkoły lub placówki prowadzonej przez samorząd będzie zależała od uzyskania pozytywnej opinii organu sprawującego nadzór pedagogiczny.

Co z trzylatkami?

Rzecznik Praw Dziecka jest zaniepokojony sytuacją dzieci w wieku 3 lat, które będą ubiegać się o miejsce w przedszkolu w trakcie tegorocznego postępowania rekrutacyjnego. 

"Nasuwają się pytania: czy zmiany te nie spowodują negatywnych konsekwencji w zakresie zapewnienia najmłodszym dostępu do edukacji przedszkolnej, czy obowiązek zapewnienia sześciolatkom edukacji przedszkolnej nie spowoduje zmniejszenia miejsc dla trzylatków w przedszkolach, czy skutkiem zmian w nie będzie pogłębienie nierówności w dostępie do edukacji przedszkolnej dzieci najmłodszych?" - pyta Rzecznik Praw Dziecka w liście skierowanym do szefowej resortu edukacji. 

Michalak podkreśla, że wiek przedszkolny jest szczególnie ważnym okresem w rozwoju dziecka i powinien być nieodłącznie związany z edukacją przedszkolną - jako czynnikiem harmonijnego rozwoju dziecka, w obszarze fizycznym, poznawczym, społecznym i emocjonalnym. "Edukacja przedszkolna powinna być zatem rozumiana i traktowana - również w polityce oświatowej państwa i samorządu terytorialnego - jako prawo przysługujące każdemu dziecku" - pisze rzecznik. 

Przypomina również , że znowelizowane w 2009 r. przepisy ustawy o systemie oświaty przełożyły się na wzrost wskaźnika upowszechnienia wychowania przedszkolnego w kolejnych latach szkolnych. Z danych pochodzących z Systemu Informacji Oświatowej wynika, że w roku szkolnym 2011/2012 ok. 61 proc. dzieci w wieku 3 i 4 lata było objętych edukacją przedszkolną, natomiast w roku szkolnym 2014/2015 - ok. 71,5 proc. 

Nadal jednak - jak podkreśla Michalak - niezadowalający jest dostęp dzieci trzyletnich do przedszkola oraz fakt występowania dysproporcji w zależności od miejsca zamieszkania. Z danych za rok szkolny 2014/2015 wynika, że w mieście ok. 75,4 proc. trzylatków było objętych edukacją przedszkolną, a na wsi tylko 48 proc. Rzecznik Praw Dziecka prosi szefową MEN o analizę tego problemu oraz poinformowanie o działaniach resortu edukacji w tym zakresie.  MEN ma 30 dni, by odpowiedzieć na pismo rzecznika.

Co z tym fantem zrobi?  Czy znów zamydli wszystkim oczy? Czy znów ustawa okaże się bublem prawnym? Czy znów rodzice będą musieli zastanowić się co zrobić z dziećmi, bo zabraknie miejsc dla 3- latków? Niedługo zapewne sami się dowiemy.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Mój facet jest maminsynkiem!
- W trakcie pierwszej randki esemesował z mamą, a po jednym spotkaniu chciał, żebym ją poznała - żali się 30-letnia Joanna. - Czy i jak można "wyleczyć faceta" z uzależniania od mamy? Czy warto inwestować w taką relację? Ile takich wpisów można znaleźć na forach internetowych? Całe mnóstwo.

Maminsynek jest mężczyzną niesamodzielnym. I nie chodzi tu o niesamodzielność finansową - wielu takich mężczyzn pracuje i dobrze sobie radzi zawodowo. Chodzi tu o niesamodzielność życiową.
"A moja mama mówiła..."

Elementem takiej niesamodzielności jest najczęściej niepodejmowanie samodzielnych decyzji, czyli sprawdzanie z mamą, czy to, co robi albo myśli na pewno jest dobre w myśl zasady "mama wie lepiej". W czasie randek możemy zaobserwować to przy planowaniu np. wspólnego wyjazdu. Usłyszymy wtedy "moja mama mówiła, że lepiej pojechać tu i tam" albo "mama przygotuje dla nas to i to". W czasie rozmów będą pojawiały się także sformułowania jak "moja mama też tak myśli" - mężczyzna będzie chciał usprawiedliwić się.



Inną kwestią jest także niebranie odpowiedzialności za swoje decyzje. Podobnie jak dziecko, które nabroi i czeka aż mama pomoże posprzątać lub go uspokoi. Podczas kłótni, w sytuacji konfliktu, taka mama może do partnerki dzwonić i próbować tłumaczyć syna, próbować załagodzić konflikt. Może także chcieć spotkania, by pogodzić "dzieci". 

Mało tego- często tacy delikwenci kłamią- kreują podwójną rzeczywistość. Takie tworzenie dwóch rzeczywistości - jedna dla mamy (lub rodziców), druga prywatna (szczególnie, jeśli te dwie rzeczywistości bardzo się różnią) - jest sygnałem, że pępowina łącząca naszego partnera z mamą nie jest do końca odcięta. Oczywiście, jeśli zwrócimy na to uwagę, nasz partner wytłumaczy się, że nie chce martwić mamy...

Jednak, czy skala "ukrywanych" faktów jest aż tak nieprzyjemna? Co by się stało, gdyby mama się dowiedziała? O czym można, a o czym nie powinno się mówić mamie, gdy jest się osobą dorosłą? Maminsynek będzie dbał o swój wizerunek i o to, by mama myślała, że postępuje tak, jak go wychowała - w zgodzie z jej przekonaniami i wartościami. Nie ma tu miejsca na niezależne opinie czy zachowania. Często mamy maminsynków rozpaczają: "ty już mnie nie kochasz, nie szanujesz, wpędzisz mnie do grobu", gdy syn zaczyna okazywać większą samodzielność. 

Dlaczego wychowujemy chłopców na uzależnionych od mamy niedojrzałych partnerów?

Choć z obsesyjnej miłości do mam raczej słyną Włosi, to polscy mężczyźni, jeśli prześledzimy fora poświęcone związkom, też im nie ustępują w uwielbieniu rodzicielki. Kochają matki miłością bezwarunkową, nie wymagają niczego, nie określają granic tego symbiotycznego związku nawet wtedy, gdy założą swoją rodzinę. Nie potrafią docenić zalet swojej partnerki, bo nikt tak nie kocha jak matka i nikt tak nie gotuje, żadna kobieta nie zbliży się do ideału matki wyrytego od dzieciństwa w chłopięcej głowie. Nic dziwnego, że Polacy niechętnie opuszczają dom królowej matki - z danych Eurostatu wynika, że w grupie wiekowej 25-34 lata, 30 proc. kobiet i aż 44 proc. mężczyzn w Polsce mieszka wciąż z rodzicami.



Syn to nie partner życiowy

Bo synowie zastępują czasem polskim kobietom partnera i przyjaciela. Relacja matki z synem często jest zaburzona, bo ona ma oczekiwania, jakie stawia się partnerowi życiowemu a on stara się zadowolić matkę i im sprostać. Jest na każde wezwanie histeryzującej rodzicielki, zaniedbuje potrzeby swojej partnerki czy rodziny, bo mama oczekuje wyłącznej uwagi, ma nieustanne prośby i problemy, nie umie żyć swoim życiem, nie ingerując w związek potomka.Moim zdaniem skłonność do takiej zaborczej miłości pojawia się u kobiet najczęściej w dwóch sytuacjach. Po pierwsze w związkach bardzo tradycyjnie patriarchalnych, gdzie nie ma mowy o partnerstwie i gdzie brakuje ciepła pomiędzy rodzicami syna. Poza tym kobiety często kompensują sobie uczuciem do syna, zaborczością wobec niego i nadopiekuńczością, chęcią uczestniczenia we wszystkich aspektach jego życia, brak miłości męża czy partnera - tłumaczy psycholożka. Bywa, że małżonkowie odsuwają się od siebie a uczucie, które kiedyś ich połączyło przygasa, słabnie też pożądanie. Zdaniem eksperta to cieplarniane warunki dla wzrostu przyszłego "syneczka mamusi".

Ale nie można winą obarczać wyłącznie mężczyzny. - Często kobiety po urodzeniu dziecka koncentrują się tak mocno na karmieniu, pielęgnacji i zabiegach wokół niemowlęcia, że nie zauważają, że ich partner w całym rytuale rodzicielskim nie uczestniczy. Kobiety traktują mężczyznę jako "dawcę", dzięki któremu mogły zajść w ciążę, a po urodzeniu dziecka uważają, że powinien jedynie utrzymywać rodzinę. Wówczas całe zasoby uczuć przelewają na syna. - We wszystkich tych przypadkach, jeszcze zanim syn stanie się mężczyzną, warto zasięgnąć porady psychologa, terapeuty czy niejednokrotnie seksuologa. Inaczej po trzydziestu latach jakaś kobieta zderzy się z problemem dorosłego maminsynka