sobota, 23 lipca 2016

Paparazzi

Dzisiaj napiszę trochę o zjawisku, które momentami mnie bardzo śmieszy, a momentami przeraża. Jako aktywny użytkownik mediów społecznościowych, jak facebook i instagram, obserwuję często strony poświęcone parentingowi i edukacji. Podglądam również inne blogi rodzicielskie, niektóre są ciekawe, inne wymuszone na bycie fajnymi, inne nudne jak flaki z olejem. Jak sami pewnie wiecie, ilość zdjęć dzieci, na jakie można się na tego typu stronach natknąć, jest ogromna. Czasem jest ich tyle, że jedna z moich znajomych stwierdziła, że- cytat- "rzygam dziećmi". Sama ostatnio prawie rzygałam, jak zobaczyłam pewną mamuśkę, ale po kolei...

Pojechaliśmy sobie w zeszłą sobotę nad jezioro. Spacerowaliśmy promenadą, zaliczyliśmy molo, kierunek ustawiliśmy na plac zabaw, by Prezesowa mogła się wyszaleć. Szalała, szalała, wygłupiała się ze swoim tatą, ja natomiast oddawałam się swojemu hobby- czyli obserwacji innych ludzi. Taki ze mnie socjolog z zamiłowania. W pewnej chwili moja uwagę przykuła- na pierwszy rzut oka- standardowa rodzinka 2+1. Na drugi rzut oka widać było, że głowa rodziny, czyli tata, ma ochotę się ewakuować, tylko nie bardzo ma chyba na taki krok odwagę. Mamuśka- postawna, z cycem i tyłkiem sporawym, taka domina z postawy- latała z jednym z najnowszych modeli lustrzanek w ręku za swoją latoroślą. Na moje oko, dzieciak- rodzaju męskiego, aczkolwiek bytowanie z taką matką skutecznie go wykastruje do osiemnastki- w wieku 15 miesięcy, półtora roku maksymalnie. Trzeba przyznać, że mamuśka paparazzo była wygimnastykowana- wiła się pomiędzy szczebelkami drabinek, by trafić jak najlepsze ujęcie. Tańczyła wokół młodego, gotowa była wejść do tunelu, ale jej figura stanowiła przeszkodę. "Synku, uśmiechnij się"- młody się ślini. "Piotrusiu, puść oczko"- Piotruś bach! na glebę. "Piciu, chodź do mamusi"- Piotruś spieprza w stronę tatusia. 

Lukam na ojca. Poziom zażenowania 100, czerwony, widać, że wstydzi się takiej baby. Albo bał się coś powiedzieć albo miał stan przedzawałowy, bo otwierał usta, zamykał, łykał powietrze, aż zaczęłam się obawiać, że będzie mu trzeba RKO zrobić na szybko. Mamuśka cyka dalej. Piotruś się ślini i ucieka przed nią. A głowa rodziny chce się schować pod ziemię. Taka sytuacja.
źródło:m.mjakmama24.pl


Na instagramie często obserwuję zdjęcia, za które mam ochotę chwycić mamuśki i tatuśków je wrzucających za kudły i walnąć łepetyną o ścianę, by trybiki zatrybiły. Ostatnio widziałam malucha ok. 6-9 miesięcznego, w...zlewie kuchennym, zanurzonego po uszy w pianie, a obok pięknie i z artyzmem ułożona kompozycja z kwiatów. Co za geniusz zanurza dziecku uszy w wodzie to raz, ale kurczaki- w zlewie kuchennym?! Serio... Albo zdjęcia z porodówki. Sorry, ale nie. Po prostu nie. To jest tak mega intymny moment, że nikt nie powinien poza rodzącą i jej partnerem tego oglądać. Ja- i miliony innych osób- jesteśmy co chwila bombardowani zdjęciami maluszków z pępowiną, zakrwawionych- super reklama w ramach 500 + - a ostatnio jakiś inteligent wrzucił zdjęcie dziecka z pępowiną i łożyskiem. Ja rozumiem, że są amatorzy porodu lotosowego, ale ani to zdrowe, ani mądre, a już na pewno niefajne, by wrzucać takie zdjęcie. Jako maluch ze zdjęcia, w dorosłym życiu zaskarżyłabym takich rodziców za straty moralne, spowodowane byciem podglądanym przez miliony followersów i żyłabym jak królowa z odszkodowania. Serio, rozumiem miłość do dziecka, ale cholera jasna- nie każdy chce oglądać takie obrazki. A po drugie daj dziecku odpocząć od aparatu, bo nabawi się fobii i będzie myśleć, że jest ofiarą stalkingu. 

Póki co, idę cyknąć fotę Prezesowej. A, i zbieram już kasę, gdyby kiedyś mnie pozwała za te fotki na insta i fejsie ;)


wtorek, 5 lipca 2016

To nie jest kraj dla pracujących matek (dla niepracujących też nie)

Dawno mnie tu nie było...
Co się działo w tym czasie? Zacznijmy od tego, że zmieniłam pracę. Zabrałam dziecko ze żłobka- nie wgłębiajmy się w szczegóły, pliz. No i pojawił się problem- w naszym "wspaniałym" mieście, gdzie przyszło nam mieszkać, w środku roku tzw. szkolnego nie znajdziesz miejsca dla dziecka w żłobku. To co zrobiliśmy z Niunią? Nie, nie zostawiliśmy w oknie życia. Nie, nie oddaliśmy niani, bo nie ufam obcym po naszych przygodach. Nie, nie zrezygnowałam z pracy, bo nas na to najzwyczajniej w świecie nie stać- na pohybel wszystkim, co twierdzą, że żony wojskowych w luksusy opływają buahahaha...

Zosia w tygodniu była u dziadków w W., a na weekendy zabieraliśmy ją do siebie. Co daje 450 km co weekend wte i wewte, co daje...ok. 7875 km przejechanych od momentu, gdy wszystko się zmieniło.

Dostęp do opieki nad dziećmi w naszym kraju, gdy kobieta chce i może pracować jest do dupy. Dostęp do opieki nad dziećmi, gdy kobieta nie pracuje, ale chce wrócić do pracy, znaleźć jakąś, a na to też przecież potrzeba czasu- jest do dupy.

Mało tego, ceny za żłobki są chore. W S., gdzie mieszkamy, cena za żłobek prywatny to ok. 650-730 zł za miesiąc. Biorąc pod uwagę, iż większość społeczeństwa zarabia 2200 zł brutto, jest to ogromny wydatek dla rodziny. A jak ktoś został obdarzony bliźniakami? Albo ma starsze dziecko w przedszkolu? Koszt miejskich żłobków- o ile takowe są w mieście, tu akurat są- to ok. 430-450 zł. Trochę mniej, ale i tak drogo. Nie dziwię się, ze jest problem, by kobiety po urodzeniu dziecka wróciły do praca. Bo nawet jak tę pracę mają, to sytuacja wcale nie jest łatwa. Dlaczego? Z 3 powodów:

1. Zdrowie malucha. Do 3. roku życia rozwija się układ odpornościowy dziecka. Kto posłał swoją pociechę wcześniej, wie, że częściej jej w tym żłobku nie było, niż była. A kto ma siedzieć z dzieckiem w domu? Jak masz dziadków/ ciotki/ koleżanki, które to zrobią- fajnie, gratuluję. Ale wiele kobiet nie ma nikogo w tej samej miejscowości. I co wtedy? L4? A jak prowadzisz działalność i jesteś uzależniony od kontrahentów? Myślisz, ze to takie łatwe, powiem- sorry, wracam za tydzień, może dwa? Niestety, tak to nie działa. Świat  ( a już zwłaszcza ten biznesowy) nie jest wyrozumiały. Mąż weźmie L4, bo ma stabilniejszą pracę? Fajnie, ale ile razy? 1, 2 ? a co potem? Nam chyba pozostanie wożenie dziecka znów do dziadków...


2.  Finanse. Jak pisałam wcześniej, opieka nad dziećmi jest bardzo droga. A nie pisałam przecież, ile biorą nianie. Tu ceny są rozmaite. Wiem, że średnio to 1000- 1200 zł za miesiąc w mieście jak S. A gdzie pozostałe wydatki? Brać nadgodziny? Oszczędzać? Omijać sklepy? Nie wydawać? A jak auto się zepsuje? A, że nie mieć auta? A jak musisz do pracy dojeżdżać? A, że z internetu zrezygnować? A jak używasz go do pracy? A, ze przestać chodzić do fryzjera, na paznokcie, na zajęcia dodatkowe? Nie wychodzić na pizzę, na piwo? A może by tak... zostać ascetą? Współczesnym pustelnikiem? Może wtedy jakieś bonusy po śmierci się zgarnie?

3. Obowiązki matki-Polki-wariatki. Sorry, ale nikt mi nie wmówi, że obowiązki w domu rozkładają się równo- buahaha. W prawie 100 % polskich domów, gdzie jest ON i ONA, to ta druga osoba ma więcej na barkach. Facet przyjdzie, jak mu się zachce, to zrobi obiad- zwłaszcza jak coś zmajstrował, jak nie, to zadowoli się czipsami. Dziecku da kabanosa i bułę z masłem i jest luz. ONA- a czemu nie powiedziałaś, ze śmieci tyle- to ON- znów muszę wychodzić- jęk. A ONA- rano wstaje wcześniej, by czesząc włosy, myjąc zęby i malując oko, założyć bez podarcia rajstopy, zrobić mleko dziecku, uszykować mu ubranie, zrobić sobie coś do jedzenia do pracy, jemu, wraca z pracy, robi żarcie, wieczorem żarcie, ile można żreć?! Przecież wczoraj ich karmiłam...

Plus pranie, sprzątanie, a jeszcze wyglądaj ładnie, bo znajdzie inną, a jeszcze seksu powinno ci się chcieć co noc najlepiej, żeby on nie martwił się, ze mu konar nie płonie,a z ciebie jeszcze trochę to próchno się zacznie sypać. Plus telefony, rachunki, bo ON nie pamięta, bo i po co, kupowanie żarcia- znowu?!- chwalenie JEGO, chwalenie dziecka, czytanie poradników jak być perfekcyjną - chyba perfekcyjnie zestresowaną całym tym szajsem jaki promują social media... I jeszcze rząd zachwala taką heroiczną postawę Polek... Ja pierdziu, walnęłabyś kielona, ale ostatnio tak cię siekło po piwie, że było jak w reklamie - chce się, chce- tylko przez "rz"...Zapaliłabyś jointa, ale po pierwsze - to śmierdzi, a ty nie lubisz smrodu, a po drugie- to nielegalne w tym kraju. A ty już masz wizję, jak cię pakują na dożywocie do najgorszego pierdla, a twoje kochane małe bobo, dla którego nie ma miejsca w żłobkach, wychowuje teściowa...

Nagle się budzisz nad zimną herbatą i migającym ekranem komputera, bo przecież dziś trzeba mieć pasję, którą się chwali światu i piszesz jakiegoś posta, bo aspirujesz do bycia laureatką- najlepiej Pulitzera, Nobel w ostateczności- jesteś w sumie trochę staromodna i nie lubisz blichtru i sztywnych sukienek na takie rauty, co to piją w cycki, których przecież prawie nie masz. 

A tak w ogóle, matko- Polko- wariatko, to skisłaś w tym systemie. 
Alleluja.

poniedziałek, 7 marca 2016

Bo fantazja jest od tego aby bawić się na całego!


Jakie słowo kojarzy się z dziećmi i dzieciństwem? Mnie na pewno "fantazja". Jednocześnie jest to zdolność, jaką dorośli chętnie niszczą u- swoich również- dzieci. Często robią to nieświadomie. B normy, bo nie wypada poszaleć, BO CO LUDZIE POWIEDZĄ?! 

A tak na serio, nie pamiętacie już jak byliście mali i toczyliście bitwy, jeździliście na dzikich mustangach, podbijaliście nowe światy? Nawet gdy te światy były śmietnikiem i osiedlowym trzepakiem? Ja pamiętam wiatr we włosach, gdy zjeżdżałam z szaloną prędkością na moim składaku, wyobrażając sobie, że jestem wojowniczką galopującą na karym koniu w bitwie. 

Drogi dorosły czytelniku, dlaczego wstydzisz się dziecięcej skłonności do bajek? Wyobraźni, która pomaga przezwyciężać strach i nieśmiałość? Zauważcie, że często dzieci przychodzą ze szkoły czy przedszkola do domu i mówią wam, że chciały zrobić coś fajnego, a zabroniono im tego. Dlaczego? Bo jak grupa daje się łatwo kontrolować, to "nie zagraża". Czemu? Spokojowi nauczycielskiego grona. Bo jak dzieciaki zaczynają marzyć, być kreatywne, to zaczynają absorbować. A zdecydowana większość "pedagogów" nie lubi się przemęczać. Tak samo rodzice. Zmęczeni gonitwą za kasą, za nowym autem, za markowymi ciuchami i kosmetykami oraz wyjazdami do spa i zajęciami z czego-tam-co-jest-modne, zwyczajne nie chcą lub nie mają siły się angażować w pełne wyobraźni życie własnych dzieci. Dlatego chcą, by dzieciaki siedziały w swoich pokojach i tam "grzecznie siedziały". Co to znaczy? Hmm, chyba "cicho" i "nie absorbując mojej cennej uwagi". Jeju, serio? A ta dziecięca fantazja jest taka fajna. Widzę ją i doceniam każdego dnia u mojej córki, która stroi się przed lustrem, strojąc miny. Albo udaje kucharkę i "gotuje". Polecam każdemu zmęczonemu jako antidotum na stres i smutki dnia codziennego. A teraz włączcie yotube i ten oto klasyk, który znajdziecie w linku poniżej, bierzcie dzieciaki za ręce i szalejcie ile wlezie! 


środa, 24 lutego 2016

Sześciolatki do przedszkola- czyli o zmianach w ustawie o obowiązku przedszkolnym

Obowiązek szkolny dla siedmiolatków – to kluczowa zmiana w przyjętej niedawno nowelizacji ustawy o systemie oświaty.

Najważniejsze zmiany dotyczą:

-->obowiązku szkolnego od siódmego roku życia,
--?prawa do rozpoczęcia edukacji szkolnej od szóstego roku życia,
-->obowiązku przedszkolnego dla dziecka 6–letniego,
-->prawa dziecka w wieku od 3 do 5 roku życia do korzystania z wychowania przedszkolnego,
-->wzmocnienia roli kuratora oświaty.

Obowiązek szkolny dla dzieci 7–letnich i prawo do edukacji szkolnej dla 6-latków

Zgodnie z ustawą, od roku szkolnego 2016/2017 obowiązkiem szkolnym będą objęte dzieci od 7 roku życia. Dziecko 6-letnie będzie miało prawo do rozpoczęcia nauki w pierwszej klasie szkoły podstawowej o ile korzystało z wychowania przedszkolnego w roku szkolnym poprzedzającym rok szkolny, w którym ma rozpocząć naukę w szkole. Jeśli dziecko 6–letnie nie uczęszczało do przedszkola, rodzice również będą mogli zapisać je do pierwszej klasy. W takim przypadku niezbędna jednak będzie opinia z poradni psychologiczno – pedagogicznej o możliwości rozpoczęcia nauki w szkole podstawowej.

Ponowne zapisanie dziecka do klasy I lub II

Rodzice, których dzieci poszły do szkoły jako sześciolatki i natrafiły na problemy adaptacyjne i trudności w szkole, wnosili o wprowadzenie rozwiązań, które złagodziłyby proces wcześniejszego objęcia ich dzieci obowiązkiem szkolnym. Dlatego wprowadzono w ustawie przepisy przejściowe odnoszące się do roku szkolnego 2015/2016 oraz 2016/2017.

– Dzieci urodzone w 2009 r., które są już w szkole w roku szkolnym 2015/2016, będą mogły na wniosek rodziców – kontynuować naukę w pierwszej klasie szkoły podstawowej w roku szkolnym 2016/2017. Rodzic musi złożyć stosowny wniosek do dyrektora szkoły do 31 marca 2016 r. Dziecko nie będzie podlegało klasyfikacji rocznej, a tym samym promowaniu do klasy drugiej; jeżeli rodzice zdecydują, że ich dziecko będzie kontynuować naukę w klasie pierwszej w szkole, do której uczęszcza, wobec tego dziecka nie będzie przeprowadzane postępowanie rekrutacyjne.

– Dzieci urodzone w I połowie 2008 r., które w roku szkolnym 2015/2016 chodzą do klasy II szkoły podstawowej, na wniosek rodziców, złożony do 31 marca 2016 r., będą mogły – w roku szkolnym 2016/2017 kontynuować naukę w klasie II.

Uczniowie ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi

Dzieciom, które mają orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego będzie można odroczyć obowiązek szkolny, jednak nie dłużej niż do końca roku szkolnego w tym roku kalendarzowym, w którym dziecko kończy 9 lat. W tym przypadku dziecko będzie kontynuowało przygotowanie przedszkolne.

Wychowanie przedszkolne

Od 1 września 2016 r. obowiązkiem przedszkolnym będą objęte dzieci 6-letnie. Natomiast wszystkie dzieci 4- i 5-letnie mają mieć zapewnione miejsce realizacji wychowania przedszkolnego, a od 1 września 2017 r., także dzieci 3-letnie.

Zgodnie z ustawą, przekształcenie oddziałów przedszkolnych w szkołach podstawowych w przedszkola zostanie przesunięte z 1 września 2016 r. na 1 września 2019 r. Umożliwi to organom prowadzącym lepsze przygotowanie się do przekształcenia oddziałów przedszkolnych w przedszkola. Decyzje dotyczące ewentualnej likwidacji oddziałów przedszkolnych będą mogły być poprzedzone wnikliwą analizą potrzeb w zakresie wychowania przedszkolnego, uwzględniającą tendencje demograficzne po wdrożeniu wprowadzanych rozwiązań prorodzinnych.

źródło: demotywatory.pl

Wybór kuratora oświaty

Kurator oświaty będzie powoływany i odwoływany przez ministra edukacji w drodze konkursu ogłoszonego przez wojewodę. Na wniosek kuratora oświaty i po zasięgnięciu opinii wojewody, minister edukacji będzie powoływał i odwoływał wicekuratorów oświaty.

Wzmocnienie roli kuratora oświaty

Przywrócona została kontrola kuratorów oświaty nad działaniami samorządów w kształtowaniu sieci szkół i przedszkoli. Ustalenie przez radę gminy sieci publicznych przedszkoli, oddziałów przedszkolnych w szkołach podstawowych i innych form wychowania przedszkolnego będzie możliwe po uzyskaniu pozytywnej opinii kuratora oświaty. Także decyzja o likwidacji lub przekształceniu przedszkola, szkoły lub placówki prowadzonej przez samorząd będzie zależała od uzyskania pozytywnej opinii organu sprawującego nadzór pedagogiczny.

Co z trzylatkami?

Rzecznik Praw Dziecka jest zaniepokojony sytuacją dzieci w wieku 3 lat, które będą ubiegać się o miejsce w przedszkolu w trakcie tegorocznego postępowania rekrutacyjnego. 

"Nasuwają się pytania: czy zmiany te nie spowodują negatywnych konsekwencji w zakresie zapewnienia najmłodszym dostępu do edukacji przedszkolnej, czy obowiązek zapewnienia sześciolatkom edukacji przedszkolnej nie spowoduje zmniejszenia miejsc dla trzylatków w przedszkolach, czy skutkiem zmian w nie będzie pogłębienie nierówności w dostępie do edukacji przedszkolnej dzieci najmłodszych?" - pyta Rzecznik Praw Dziecka w liście skierowanym do szefowej resortu edukacji. 

Michalak podkreśla, że wiek przedszkolny jest szczególnie ważnym okresem w rozwoju dziecka i powinien być nieodłącznie związany z edukacją przedszkolną - jako czynnikiem harmonijnego rozwoju dziecka, w obszarze fizycznym, poznawczym, społecznym i emocjonalnym. "Edukacja przedszkolna powinna być zatem rozumiana i traktowana - również w polityce oświatowej państwa i samorządu terytorialnego - jako prawo przysługujące każdemu dziecku" - pisze rzecznik. 

Przypomina również , że znowelizowane w 2009 r. przepisy ustawy o systemie oświaty przełożyły się na wzrost wskaźnika upowszechnienia wychowania przedszkolnego w kolejnych latach szkolnych. Z danych pochodzących z Systemu Informacji Oświatowej wynika, że w roku szkolnym 2011/2012 ok. 61 proc. dzieci w wieku 3 i 4 lata było objętych edukacją przedszkolną, natomiast w roku szkolnym 2014/2015 - ok. 71,5 proc. 

Nadal jednak - jak podkreśla Michalak - niezadowalający jest dostęp dzieci trzyletnich do przedszkola oraz fakt występowania dysproporcji w zależności od miejsca zamieszkania. Z danych za rok szkolny 2014/2015 wynika, że w mieście ok. 75,4 proc. trzylatków było objętych edukacją przedszkolną, a na wsi tylko 48 proc. Rzecznik Praw Dziecka prosi szefową MEN o analizę tego problemu oraz poinformowanie o działaniach resortu edukacji w tym zakresie.  MEN ma 30 dni, by odpowiedzieć na pismo rzecznika.

Co z tym fantem zrobi?  Czy znów zamydli wszystkim oczy? Czy znów ustawa okaże się bublem prawnym? Czy znów rodzice będą musieli zastanowić się co zrobić z dziećmi, bo zabraknie miejsc dla 3- latków? Niedługo zapewne sami się dowiemy.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Mój facet jest maminsynkiem!
- W trakcie pierwszej randki esemesował z mamą, a po jednym spotkaniu chciał, żebym ją poznała - żali się 30-letnia Joanna. - Czy i jak można "wyleczyć faceta" z uzależniania od mamy? Czy warto inwestować w taką relację? Ile takich wpisów można znaleźć na forach internetowych? Całe mnóstwo.

Maminsynek jest mężczyzną niesamodzielnym. I nie chodzi tu o niesamodzielność finansową - wielu takich mężczyzn pracuje i dobrze sobie radzi zawodowo. Chodzi tu o niesamodzielność życiową.
"A moja mama mówiła..."

Elementem takiej niesamodzielności jest najczęściej niepodejmowanie samodzielnych decyzji, czyli sprawdzanie z mamą, czy to, co robi albo myśli na pewno jest dobre w myśl zasady "mama wie lepiej". W czasie randek możemy zaobserwować to przy planowaniu np. wspólnego wyjazdu. Usłyszymy wtedy "moja mama mówiła, że lepiej pojechać tu i tam" albo "mama przygotuje dla nas to i to". W czasie rozmów będą pojawiały się także sformułowania jak "moja mama też tak myśli" - mężczyzna będzie chciał usprawiedliwić się.



Inną kwestią jest także niebranie odpowiedzialności za swoje decyzje. Podobnie jak dziecko, które nabroi i czeka aż mama pomoże posprzątać lub go uspokoi. Podczas kłótni, w sytuacji konfliktu, taka mama może do partnerki dzwonić i próbować tłumaczyć syna, próbować załagodzić konflikt. Może także chcieć spotkania, by pogodzić "dzieci". 

Mało tego- często tacy delikwenci kłamią- kreują podwójną rzeczywistość. Takie tworzenie dwóch rzeczywistości - jedna dla mamy (lub rodziców), druga prywatna (szczególnie, jeśli te dwie rzeczywistości bardzo się różnią) - jest sygnałem, że pępowina łącząca naszego partnera z mamą nie jest do końca odcięta. Oczywiście, jeśli zwrócimy na to uwagę, nasz partner wytłumaczy się, że nie chce martwić mamy...

Jednak, czy skala "ukrywanych" faktów jest aż tak nieprzyjemna? Co by się stało, gdyby mama się dowiedziała? O czym można, a o czym nie powinno się mówić mamie, gdy jest się osobą dorosłą? Maminsynek będzie dbał o swój wizerunek i o to, by mama myślała, że postępuje tak, jak go wychowała - w zgodzie z jej przekonaniami i wartościami. Nie ma tu miejsca na niezależne opinie czy zachowania. Często mamy maminsynków rozpaczają: "ty już mnie nie kochasz, nie szanujesz, wpędzisz mnie do grobu", gdy syn zaczyna okazywać większą samodzielność. 

Dlaczego wychowujemy chłopców na uzależnionych od mamy niedojrzałych partnerów?

Choć z obsesyjnej miłości do mam raczej słyną Włosi, to polscy mężczyźni, jeśli prześledzimy fora poświęcone związkom, też im nie ustępują w uwielbieniu rodzicielki. Kochają matki miłością bezwarunkową, nie wymagają niczego, nie określają granic tego symbiotycznego związku nawet wtedy, gdy założą swoją rodzinę. Nie potrafią docenić zalet swojej partnerki, bo nikt tak nie kocha jak matka i nikt tak nie gotuje, żadna kobieta nie zbliży się do ideału matki wyrytego od dzieciństwa w chłopięcej głowie. Nic dziwnego, że Polacy niechętnie opuszczają dom królowej matki - z danych Eurostatu wynika, że w grupie wiekowej 25-34 lata, 30 proc. kobiet i aż 44 proc. mężczyzn w Polsce mieszka wciąż z rodzicami.



Syn to nie partner życiowy

Bo synowie zastępują czasem polskim kobietom partnera i przyjaciela. Relacja matki z synem często jest zaburzona, bo ona ma oczekiwania, jakie stawia się partnerowi życiowemu a on stara się zadowolić matkę i im sprostać. Jest na każde wezwanie histeryzującej rodzicielki, zaniedbuje potrzeby swojej partnerki czy rodziny, bo mama oczekuje wyłącznej uwagi, ma nieustanne prośby i problemy, nie umie żyć swoim życiem, nie ingerując w związek potomka.Moim zdaniem skłonność do takiej zaborczej miłości pojawia się u kobiet najczęściej w dwóch sytuacjach. Po pierwsze w związkach bardzo tradycyjnie patriarchalnych, gdzie nie ma mowy o partnerstwie i gdzie brakuje ciepła pomiędzy rodzicami syna. Poza tym kobiety często kompensują sobie uczuciem do syna, zaborczością wobec niego i nadopiekuńczością, chęcią uczestniczenia we wszystkich aspektach jego życia, brak miłości męża czy partnera - tłumaczy psycholożka. Bywa, że małżonkowie odsuwają się od siebie a uczucie, które kiedyś ich połączyło przygasa, słabnie też pożądanie. Zdaniem eksperta to cieplarniane warunki dla wzrostu przyszłego "syneczka mamusi".

Ale nie można winą obarczać wyłącznie mężczyzny. - Często kobiety po urodzeniu dziecka koncentrują się tak mocno na karmieniu, pielęgnacji i zabiegach wokół niemowlęcia, że nie zauważają, że ich partner w całym rytuale rodzicielskim nie uczestniczy. Kobiety traktują mężczyznę jako "dawcę", dzięki któremu mogły zajść w ciążę, a po urodzeniu dziecka uważają, że powinien jedynie utrzymywać rodzinę. Wówczas całe zasoby uczuć przelewają na syna. - We wszystkich tych przypadkach, jeszcze zanim syn stanie się mężczyzną, warto zasięgnąć porady psychologa, terapeuty czy niejednokrotnie seksuologa. Inaczej po trzydziestu latach jakaś kobieta zderzy się z problemem dorosłego maminsynka

sobota, 30 stycznia 2016

Być grzecznym dlaczego (nie)warto?



Hejka wszystkim!

Miałam ostatnio wraz z mą familią burzliwy czas, pełen zwrotów akcji takich, ze Monty Python przy tym wysiada. Ale nadeszła ta chwila, gdy mogę zasiąść przed komputerem i napisać posta na specjalne życzenie Moniki, dzięki Monia za wszystkie ciepłe słowa! Monika poprosiła o napisanie o marzeniach, zgubnych nadziejach, przeciwnościach losu. A także o moim zawodzie, czyli byciu pedagogiem :D Mówisz, masz, bejbe!

Dzisiejszy post zacznę od pytania:






I- jak najbardziej- pytanie to jest adekwatne do tematyki. Bo te wszystkie marzenia, zgubne nadzieje, przeciwności losu to konsekwencja tego, że staramy się być grzeczni. Wszyscy- Ty, ja i miliony innych. Chcemy- nawet nieświadomie- jakoś dopasować się do szablonu bycia dorosłym. Kończy się kopem w tyłek od losu. Sam to znasz, co nie? Nadzieje, wielkie plany, głowa w chmurach i bach!- zderzenie z glebą. Witamy w świecie. 

Podam Wam taki przykład. Swój przykład. Otóż ciocia Paulina starała się też być grzeczną dziewczynką i złapała pracę na tak zwanym etacie. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie buntownicza natura cioci Pauliny i to, że jej poczucie godności jest wyjątkowo głośne. Dlatego- nie zagłębiając się w szczegóły- odeszła z tak zwanej ciepłej posadki- bo przecież wszyscy mówią, że jak pracujesz u kogoś  na umowie o pracę to szczyt marzeń. Życie jednak weryfikuje te uniwersalizmy a że każdy z nas jest inny, to tak naprawdę rzadko kto wpasuje się w te uniwersalne schematy. 

Tak właśnie Twoje wyobrażenia o fajnym dorosłym życiu lądują gdzieś między kartonem z ozdobami świątecznymi a zakurzonymi butami. Co można zrobić by tego uniknąć? Nie bądź grzeczny! 
Słuchaj siebie. Nie rób nic sprzecznego z własnym sumieniem. Szanuj innych. Nie wykonuj ślepo czyichś poleceń, a już na pewno nie pod presją i w poczuciu strachu.
 Kochaj życie. Masz je jedno. Nikt go za Ciebie nie przeżyje.
 Nie idź drogą setek. Idź swoją. Może krętą, trudniejszą, ale Twoją. Może to truizmy, ale sprawdziły się w moim przypadku wiele razy. Z każdym rokiem utwierdzam się w tym, że nasza siła i dobre życie biorą się ze spełniania marzeń, ale swoich. Nie rodziców. Nie partnera. Nie dzieci. Swoich. I tę siłę wzmacnia życie w zgodzie z sobą samym. Tak, że możesz spojrzeć na siebie w lustrze i się nie wstydzić tego, kogo w nim widzisz. Nie musisz mieć doskonałego ciała, fryzury czy ubrań. Ale jeśli widzisz dobrego człowieka, mającego dość odwagi by być sobą w tym durnym, goniącym za absurdalnymi wartościami światem, to gratulacje. Oby tak dalej. Nie daj się wkręcić w pęd, o którym trafnie rapował Sokół " zajmujemy się zarabianiem zamiast życiem czy ja też już się w ten absurd wpierdoliłem?" Sorry, guys za wulgaryzm, ale to kawał dobrej muzy. I jakże prawdziwej...

Podsumowując: Mama Zła Rada prosi, nie-wymaga- Nie bądźcie grzeczni! Nie dajcie się szufladkować! Bądźcie sobą! Tak bardzo nieidealnymi według wymagań tego świata, aż pięknie! Buntujcie się wobec niesprawiedliwości! Spełniajcie marzenia! Nie krzywdźcie nikogo- wiem, niepopularne, gdy nawet tzw.idole mówią, że doszli po trupach do celu. Dlatego drogi Czytelniku! Nie miej idoli! Nie słuchaj nikogo prócz własnego sumienia, ono naprawdę jest mądre.

Pozdro,
niegrzeczna Mama Zła Rada.

P.S. Dajcie dzieciakom być niegrzecznymi. Zobaczycie z radością, dokąd to was wszystkich zaprowadzi! Słowo ;) A w międzyczasie posłuchajcie sobie optymistycznego kawałka, jaki mnie ostatnio w duszy gra.



 https://www.youtube.com/watch?v=5y1XREE1-LE

wtorek, 12 stycznia 2016

Dlaczego rodzice są (często) głupsi niż ustawa przewiduje?

Dziś post natury refleksyjno- szyderczej. Albowiem taki temat chodzi mi po głowie w wyniku obserwacji mych częstych i nieuniknionych.

Generalnie rodziców można podzielić na kilka typów:

1. Normalsi- sympatyczni, nieinwazyjni, nie czepiają się pierdół typu "Julcia zjadła pół połowy rogaliczka dlaczego pani jej nie przypilnowała?". Prowadzą normalny dialog z innymi dorosłymi, zajmującymi się ich dziećmi, ba! dialog ten jest oparty na zasadach kultury. Mówią "Dzień dobry" i "Do widzenia", nawet "Wesołych świąt" pożyczą. Interesują się dzieckiem w zdrowy sposób, a nie taki oparty na chorych ambicjach. Współpracują, pytają, i nie robią problemu, gdy prosisz o pomoc lub zaangażowanie. Generalnie bardzo fajny i przyjemny typ.

źródło:mamdu.pl


2. Czepialscy- od rana przepierdzielą się do wszystkiego. Bo pogoda, bo nie taka partia rządzi, bo musieli iść, bo samochód nawalił, bo nas nie lubią i w ogóle, jakim prawem stąpamy po tej ziemi, jakiej dotykają ich cudowne i wyjątkowe stopy? Ten typ ma tendencję do czerpania satysfakcji w zarzucaniu człowieka milionem pytań typu: "Dlaczego"?. Jak pięciolatek, tylko pięciolatkowi dasz kredki i fajną kolorowankę i da sobie siana, a taki rodzic nie odpuści! I wygraża, że się rozmówimy i on tu widzi, że co tu jest nie tak. Co? Nie wiadomo, bo ten typ jest bardzo tajemniczy. Nie precyzuje swoich górnolotnych myśli. Komu, nam maluczkim? Ejże! Nieważne, jakie masz wykształcenie i doświadczenie. I tak jesteś głupszy od tego rodzica. 

3. Aspiranci- chore umysły, zatruwające jadem swoje dzieci. Wiecznie niezadowoleni, bo się nie nadajesz. Bo wymyślasz trudne zajęcia i zadania dodatkowe. Bo nie wymyślasz nic ciekawego. Bo jesteś blondynką. Bo masz za ciemną karnację, więc pewnie cygan i kradniesz. Bo ich dziecko to dar niebios, a ty pastwisz się nad nim, zapisując adnotację o konieczności zajęć wyrównawczych. A przecież je czeka TAKA KARIERA. A ty mu ją chcesz utrudnić. Bo jesteś wrzodem na tyłku polskiego systemu edukacji. Bo jesteś za miękki, bo nie potrafisz wprowadzić kindersztuby gówniarzom. Bo jesteś do dupy, powiedzmy to sobie szczerze. Taka sytuacja z tym typem.

źródło:edziecko.pl


4. Persona nie grata aka incognito. Tacy, których nie zawsze kojarzysz z dzieckiem. Rzadko się pojawiają, rzadko odzywają. Rzadko angażują. Jeśli już. Generalnie ciężko cokolwiek powiedzieć o kimś kto przemyka jak cień raz dwa rach ciach i nara strzałą nie ma go i tyle go widzieli.

5. Dziecko mi przeszkadza trochę- czyli ci co mają dziecko, ale w sumie sami nie wiedzą po co. Bo to modne. Bo wszyscy zachwalali. Bo teściowa chciała wnuki. Bo wpadka. Bo tak wyszło. A teraz dziecko śmie rosnąć, wymaga uwagi, a oni jej nie mają. Bo są zapracowani. Albo zajęci milionem spraw bardzo ważnych. Jak wizyta u fryzjera po pracy. Joga dla biznesmenek. Lekcje rozwiązywania sudoku w pięć minut. Wszystko byle nie kontakt z bachorem. Byliby szczęśliwi, gdyby przedszkola i szkoły byłyby czynne 24/7. Bo mieliby z głowy dzieciaka. Wiecie co smutnego jest w tym typie? Że z reguły mają świetne dzieciaki. I w ogóle ich nie dostrzegają, o docenianiu nie mówiąc. 
źródło:joemonster.pl


A jakim typem jestem ja, Mama Zła Rada? 99 % normalsa i 1% czepialskiego. Czepialski włącza mi się, gdy ktoś wymyśla dziwne historie a propos mojego dziecka i próbuje mi wmówić brak kompetencji/zainteresowania/kłamstwo. Mam alergię na głupotę i ignorancję. I taki powinien być idealny rodzic. Chyba ;) bo co ja tam w końcu wiem...;)